czwartek, 29 października 2015

Zotter For Flashy Ones (Hempseed and Mocha) ciemna mleczna nadziewana nugatem konopno-laskowym i kremem kawowym


 Po zakończeniu opisywania neapolitanek Michel Cluizel wracamy do orzechowych wariacji w wykonaniu Zottera. W ostatnim zotterowskim wpisie orzechy laskowe miały lawendową towarzyszkę, a tym razem wplątały się w romans z konopią oraz kawą. Konopia? Tak, tak! Już raz miałam do czynienia z nasionami konopi w czekoladzie Zottera. Była to MitziBlue Hemp Plantation, po której to bezgranicznie zakochałam się w specyficznym smaku konopnego nugatu. Przy ostatnim zamówieniu Zotterów, z racji pojawienia się nowej konopnej tabliczki - poszłam za ciosem i zakupiłam jeszcze For Flashy Ones (wychwalaną na blogu Posypana Cukrem). For Flashy Ones ma w sobie dwa razy więcej nasion konopi niż Hemp Plantation, więc zapowiadało się pysznie!


 Mój Mąż śmieje się, że obrazek na opakowaniu to moja ekipa z pracy pozująca do zdjęcia ;). Wyjęta ze złotka tabliczka pachnie obłędnie, świeżo upieczonym orzechowym ciastem. Czuć, że w tej tafli czekolady kryje się prawdziwe bogactwo.

W tabliczkę wgryzamy się niczym w miękki i jędrny piernik z orzechowym kremem. Nie jest to piernik mocno korzenny, lecz przyjemnie cynamonowy. Od razu do głosu dochodzi wyrazista orzechowość oraz frywolna kawowość. W orzechowości z łatwością wyróżniamy orzechy laskowe, lecz na pierwszy plan wysuwa się dobrze znany, specyficzny posmak nasion konopi. W przeciwieństwie do Toasted Nuts + Lavender tutaj czekolada nie jest jedynie tłem - idealnie zgrywa się z resztą i jest na równi ważna z pozostałymi warstwami.



 Rozpracowując For Flashy Ones warstwami, zacznijmy od konopnego nugatu. Jest on dość zbity, aczkolwiek absolutnie nie twardy. To czysta esencja wyśmienitego smaku dobroczynnych nasion konopi. Jest to smak mleczno-orzechowy, dymny i przykurzony, słono-ostrawy. Coś, co totalnie uwodzi moje kubki smakowe. Pokochałam ten smak już w Hemp Plantation, a For Flashy Ones sprawiło, że już zupełnie przepadłam. Aż strach pomyśleć, na jaki poziom wejdzie moja miłość dla konopnego nugatu po wypróbowaniu najnowszej konopnej tabliczki od Zottera.

Pod nugatem znajduje się brązowy krem, o odcieniu znacznie różniącym się od okalającej czekolady. Krem jest wspaniale gładki, a smakuje jak dobrze zrobiona kawa z mlekiem. Mleko stanowi zwieńczenie, nie przytłacza kawy - nadal pozostaje ona wyrazista. Na pewno nie można nazwać tego kremu kawową siekierą, goryczkową masakrą. Zwolennicy delikatniejszych kaw powinni być zadowoleni.



Dwie świetne pralinowe warstwy otoczone są mleczną czekoladą o 60% zawartości kakao. Aksamitna i głęboka czekolada składa nadzienie w jedną spójną całość, wnosząc od siebie kawowe i orzechowe nuty kakao - a przez to jeszcze bardziej intensyfikując wrażenia związane z kosztowaniem nadzienia. Cała kompozycja wydała się zaskakująco spokojna i łagodna, choć nie brakuje jej wyrazistości. Każda z warstw zachowuje swój indywidualny charakter, a razem tworzą zgrany zespół.

Szkoda, że For Flashy Ones tak szybko się kończy. Jest pięknie wyważona, diabelsko smaczna, o rozkosznie miękkiej i gładkiej konsystencji. Połączenie magicznych surowców: kawy, kakao i konopi (3xK!) to rzeczywiście doskonały pokarm dla błyskotliwego (flashy) umysłu, a przy tym jakże to błyskotliwie wykonana kompozycja! Nic dodać, nic ująć - tylko jeść!


PS. Kolejny wpis pojawi się 1 listopada - teraz na dwa dni uciekam w góry (oczywiście z czekoladowym ekwipunkiem)!

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, nasiona konopi 12%, pełne mleko w proszku, mleko, orzechy laskowe, syrop glukozowo-fruktozowy, odtłuszczone mleko w proszku, masło, kawa w proszku 0,4%, ziarna kawy, słodka serwatka w proszku, lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, sól, wanilia, cynamon,
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 550 kcal.
BTW: 9,3/39/40 

wtorek, 27 października 2015

Michel Cluizel Vila Gracinda ciemna 67%


Dziś przed Wami czwarta, ostatnia już czekolada od Michel Cluziel, która znalazła się w kolekcji neapolitanek od Sekretów Czekolady. Vila Gracinda to plantacja kakao położona na Wyspie Świętego Tomasza. Oczy mi się zaświeciły na myśl o czekoladzie z Sao Tome, gdyż od razu na myśl przyszła mi zaskakująco mleczno-nugatowa tabliczka od Morin. Wprawdzie była to czekolada z odmiennej plantacji (Uba Budo), ale jednak region świata ten sam... Czy odnajdę podobne nuty smakowe w maleństwie z innej francuskiej czekoladziarni?


W zapachu Vila Gracinda odnajdziemy sporo karmelowej paloności podszytej głębokim aromatem suchego kwiecia, przeplatającym się z wilgocią leśnej ściółki. Woń zapowiada nam dużo delikatnej słodyczy w kwestii smaku. Tu na pewno będzie sporo się działo...

Neapolitanka przełamuje się w sposób chrupiący i właśnie tak chrupko ugina się pod naporem zębów. Rozpuszczając się na języku dostarcza nieprawdopodobnych wrażeń związanych z zapadaniem się w głęboką, oleiście lepiącą strukturę. Najpierw, ku naszemu zdziwieniu, przychodzi do nas kwaśność - bodaj najwyższa z wszystkich czterech neapolitanek, ale nadal przyjemna i zbalansowana. Przy pierwszym spotkaniu kojarzy się ona w sposób orzechowo-zbożowy, prędko przechodząc w tym samym temacie w stronę słodyczy. To trochę jak orzechy laskowe uprażone na maśle, lekko skarmelizowane. Kwaśność próbuje przez chwilkę uderzyć w stronę cytrusów, ale zaraz detronizuje ją słodycz, która narasta aż do naprawdę sporego poziomu. Owa kwaśność nie daje za wygraną - przepycha się ze słodyczą i tworzy iluzję tłustości gęstego jogurtu, lejącego się kremu czekoladowo-orzechowego z dodatkiem prawdziwej wanilii. Na gorycz nie ma miejsca w tym wyścigu. Ba, owe oleisto-maślane skojarzenia towarzyszące wyścigowi smaków prowadzą nas do wyobrażenia o bardzo dobrej jakości suszonej wołowinie - jędrnej i soczystej.



To było smaczne, przystępne, ciekawe doświadczeniem, z pewnym nietypowym elementem. Zaskoczyła mnie stosunkowa mnogość opinii na temat Vila Gracinda, jaką odnalazłam w sieci (tu, tu i tu), ale szczególnie warta lektury jest recenzja z rewelacyjnie skonstruowanej witryny Chocolate Codex. Z jednej strony, wściekłabym się próbując dopasować każdą czekoladę do jakiegoś z góry ustalonego schematu (a pewnie po prostu jestem jeszcze za mało doświadczona, by się czymś takim posługiwać) - z drugiej, takie klasyfikacje wydają się być diabelsko praktyczne, naukowe wręcz. Koniecznie przestudiujcie zakładkę Your CODEX - mi szczęka opadła.

Póki co kończę pierwszą prezentację Michel Cluizel na moim blogu. Wiem, że jeszcze nieraz będę wracać do tej marki. Koniecznie muszę przetestować Maralumi z Papui Nowej Gwinei (ciemną i mleczną), oraz zasmakować Los Ancones w większym formacie. A Wy jak zapatrujecie się na cudeńka Cluizel?


Skład: ziarna kakao z plantacji Vila Gracinda w Sao Tome, cukier, tłuszcz kakaowy, strąki wanilii burbońskiej.
Masa kakaowa min. 67%.
Masa netto: 5 g.

niedziela, 25 października 2015

Michel Cluizel Mokaya ciemna 66%


Po małej przerwie na Zottera wracamy do single-origin neapolitanek od Michel Cluizel, których mogłam spróbować dzięki Sekretom Czekolady. Tym razem przenosimy się do Meksyku i jest to moja pierwsza czekoladowa wyprawa do tego kraju. A przecież to aztecka ziemia, na której czekoladowa tradycja trwa od wielu wieków! Pikantnie, upalnie, pierwotnie - czy taka okaże się być czekolada stworzona z kakao pochodzącego z plantacji Mokaya? Opiekunką Mokayi jest Mamita Demerita, a uprawa jest oczywiście ekologiczna i... no tak, zawiodłabym Was, gdyby ta czekolada od Michel Cluizel nie otrzymała nigdy żadnej nagrody! Oczywiście Mokaya również jest utytułowana - w 2013 otrzymała srebrny medal Academy of Chocolate w kategorii ciemnych czekolad single-origin.


Czerwień opakowania jakoś szczególnie mnie ujęła i pasowała mi do meksykańskiego pochodzenia czekolady. Neapolitanka pachnie mielonym czarnym pieprzem, trochę lukrecją i kawą z kardamonem - lecz generalnie jest to lekka, zwiewna przyprawowość. W żaden sposób nie wydaje się być przytłaczająca. W kontakcie z palcami, a następnie z językiem - sprawia wrażenie miękkiej. Z pewną proszkowatością rozpuszcza się na języku, by po chwili naprawdę mocno zalepić. Oj tak, Mokaya sprawiła mi dużo radości swoją konsystencją, bowiem okazała się być rewelacyjnie błotnista, z lekko ziarnistym zacięciem.

W smaku najpierw odczułam kontynuację sfery zapachu, czyli pieprzność. Tuż po niej rozlała się wyrazista słodycz, balansująca gdzieś pomiędzy nutami kawowymi i lukrecjowymi - ale za nic nie mogłam jej w dosadny sposób scharakteryzować. Szukając pomiędzy owocowymi nutami nie mogłam nic znaleźć - jak już, to będą to mocno wysuszone, ale nadal jędrne śliwki, czarna porzeczki oraz daktyle. Ma przy tym w sobie świeżość stewii, lecz również pewną dziwną suchość i drzewność, którą mój Mąż przyrównał do trzciny i bambusa. Doszukać się tu można również orzechowości. Dominująca słodycz przypomina kremowy, likierowy syrop z cukru trzcinowego doprawiony szczyptą pieprzu. Typowy kwas oraz gorycz są praktycznie nieobecne w tej tabliczce,  sprawiając, że jej błotnisto-ziarniste rozpuszczanie się w ustach to czysta przyjemność bogatej i niejednoznacznej słodyczy. Końcówka przepięknie zwieńczona jest wyraźnym waniliowym akcentem.



O dziwo Mokayi nie ma jakoś dużo w sieci - pozostałe trzy warianty które miałam okazję próbować wydają się być popularniejsze. Może to kwestia tego, że Mokaya nie jest aż tak utytułowana, a przez co mniej rozpropagowana? Nie zmienia to faktu, że należy do czekolad wartych uwagi. Zawarte w niej ciekawe nuty smakowe aż proszą się o dalsze odkrywanie...

Skład: ziarno kakao z plantacji Mokaya w Meksyku, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, strąki wanilii burbońskiej.
Masa kakaowa min. 66%.
Masa netto: 5 g.

piątek, 23 października 2015

Zotter Toasted Nuts + Lavender ciemna mleczna nadziewana orzechami laskowymi i olejkiem lawendowym


 Dziś chwila oddechu od neapolitanek Michel Cluizel - mam dla Was cudownego nadziewańca od Zottera! Kocham orzechy, a po dotychczasowych wspaniałych doświadczeniach z orzechowymi Zotter Handscooped (że tylko wspomnę super nadzianą Monte Limar) tym bardziej pragnęłam zasmakować każdego kolejnego wariantu. Podczas zamawiania w Czekolady Zotter Polska najnowszych propozycji od Zottera, skusiłam się również na kilka tabliczek dostępnych w, nazwijmy to, podstawowej ofercie. Jedną z nich była właśnie Toasted Nuts + Lavender, czyli ciemna mleczna czekolada (60% kakao) wypełniona orzechami laskowymi i lawendowym olejkiem.

Z góry chcę Was przeprosić za fatalną jakość zdjęć (tak, zdjęcia u mnie zawsze są kiepskie, ale w tym wpisie wyjątkowo). Były robione przy sztucznym świetle (no i w pośpiechu, bo zapach rozpakowanej czekolady kusił niemiłosiernie), ponieważ Toasted Nuts + Lavender wraz z Mężem spożyłam na... sobotnią kolację. Wieczorek filmowy, z przerwą na dobrą czekoladę, a potem winko. Żyć nie umierać. Kocham nasze soboty.



Dziś opisywaną czekoladę cechuje prosty jak na serię Handscooped skład (nie ma syropu glukozowo-fruktozowego - czy hejterzy się teraz czegoś przyczepią? ;)) oraz diablo kaloryczność. Nie ma co się dziwić, że na 100 g tabliczki przypada aż 639 kcal, skoro 21% składu stanowią orzechy laskowe. Zwieńczenie kompozycji stanowi 0,02% udział olejku lawendowego. Mało? Bzdura. Przecież to 100% naturalny olejek, esencja. Zresztą, jeśli komuś zero po przecinku w składzie produktu wydaje się śmieszne, niech powącha tą czekoladę. A potem zamilknie.


 Zapach tej czekolady jest absolutnie obłędny. To czysta lawenda! Nie żaden lawendowy sztuczny aromat z płynu do naczyń, tylko lawendowe pole. W nozdrzach świdruje tak intensywny aromat, jakbyśmy wąchali bezpośrednio roślinę. Lawendowa woń zagłusza wszystko inne. Czekolada i orzechy? Naprawdę? Nos wyczuwa samą, przepiękną lawendę. Kiedyś jadłam czekolady Lindt oraz J.D. Gross z lawendą i nie były nawet w połowie tak autentyczna jak ów Zotter.

Próbując wszystkich warstw tabliczki na raz, wgryzamy się w dość twardą masę. Również w kwestii smaku pierwsze skrzypce gra niewyobrażalna lawenda. Dopiero po chwili do głosu dochodzą orzechy, a na sam koniec przebrzmiewa czekolada. Całość sprawia wrażenie gęstego, gładziutkiego musu, choć przekrój wygląda na sypki. Tymczasem klei się dość mocno, fundując naprawdę mocne wrażenia.



Jak już wspomniałam, najpierw kubki smakowe detronizuje wyborna lawenda (to pole lawendowe w buzi!), spod której stopniowo wynurzają się rewelacyjnie podprażone, chrupiące orzechy laskowe. Zostały one umieszczone na dole nadzienia i... są idealne! Zotter przygotował je wyśmienicie - nawet ich rozdrobnienie jest w sam raz. Wszystkie zalety orzechów laskowych zostały uwypuklone w tej czekoladzie, podkręcone jeszcze otaczającym je orzechowym kremem. Pomimo totalnego przesiąknięcia olejkiem lawendowym, ów orzechowo-mleczny krem stanowi spójny łącznik smakowy z gładką czekoladą. Generalnie, w życiu nie przypuszczałabym, że lawenda może tak bosko komponować się z orzechami laskowymi. Kto by na to wpadł? Powolne wynurzanie się intensywnego smaku orzechów spod lawendowej pierzyny było rewelacyjnym doznaniem.

Sama ciemna mleczna czekolada jest delikatna, głęboka i... cóż, mocno przesiąknięta aromatem lawendy - tak, jakby wylano na nią naturalne perfumy. Czekolada zachowuje się tutaj jak przyprawa, zwieńczenie, dodatek, wisienka na torcie i kropka nad i. Trzyma w ryzach buzujące pralinowe wnętrze. Gładka i słodziutka, jest zwieńczeniem kompozycji - odzywa się echem w finiszu, oddając pierwsze miejsce lawendowo-orzechowemu szaleństwu.



  Słodycz w Toasted Nuts + Lavender jest umiarkowana - po prostu lawenda i orzechy to dominujące smaki. Gdzieś pod koniec degustacji zaczyna przebijać się lekka słoność pochodząca od prażonych orzechów, stanowiąca świetne urozmaicenie.

Lawenda dzieli i rządzi. Toasted Nuts + Lavender jest spektakularna, intensywna na maksa - a jednak nic nie wymknęło się tu spod kontroli, nie było przesadzone czy odszczepione od reszty. To kolejna boska czekolada od Zottera i powtórzę się tak jak przy Monte Limar - cieszę się, że jeszcze sporo orzechowych Handscooped przede mną!


Skład: surowy cukier trzcinowy, orzechy laskowe 29%, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sól, wanilia, olejek lawendowy 0,02%, cynamon.
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 639 kcal.
BTW: 10/47/40

środa, 21 października 2015

Michel Cluizel Mangaro ciemna 65%


Dziś chcę przybliżyć Wam wrażenia związane z czekoladą Mangaro 65%, którą miałam okazję wypróbować podczas degustacji neapolitanek od Michel Cluizel (a trafiły one w moje łapki dzięki Sekretom Czekolady). To drugie maleństwo single-origin, po które sięgnęliśmy chwilę po delektowaniu się Los Ancones. Mangaro, tak jak Los Ancones, jest również bardzo utytułowaną czekoladą. Wygrała konkurs Great Taste Awards w 2008 roku oraz Salon du Chocolat w roku 2003. Jest to moje pierwsze doświadczenie z czekoladą madagaskarską wywodzącą się z innej manufaktury niż Menakao.

Mangaro to plantacja położona w dolinie Sambirano. Swoją nazwę zawdzięcza temu, iż hodowane tam kakaowce rosną na miejscu dawnego lasu mango. Ów fakt od razu zadziałał na moją wyobraźnię. Od razu przypomniałam sobie o korzennej w smaku Zotter India 62% stworzonej z kakao z regionu Kerala, gdzie uprawia się także pieprz, kardamon, cynamon i wanilię. Dlatego też Mangaro 65% jawiła mi się jako tabliczka niezwykle słonecznie owocowa. Jak było w rzeczywistości?



Zapach tej czekolady ma w sobie pewien chłód, czy raczej rześkość. Jest to woń znacznie odmienna od suchej paloności wyczuwalnej w poprzedniczce. Aromat jest łagodnie owocowy, kojarzący się z lodami waniliowo-śmietankowymi polanymi naturalnym sosem z owoców tropikalnych. Neapolitanki sprawiają wrażenie plastikowych - gdybym miała czekoladę w standardowym formacie na pewno wiele przyjemności dla uszu dostarczyło by jej łamanie.

Pod naporem zębów Mangaro ulega miękko, chrupiąc przy tym przyjemnie. Okazuje się być bardzo aksamitna i dość łatwo rozpuszczając się w ustach rozpościera w nich mleczną słodycz. Tak, zdecydowanie wiele jest tutaj słodyczy. Na tyle dużo, że muszę zatrzymać się w celu wyłuszczenia, z czym owa słodycz mi się kojarzy. Z racji na mleczność najpierw na myśl przychodzi mi gęsty deser czekoladowy na bazie jogurtu - również przez fakt, że pojawia się tu delikatna, nieco cytrusowa kwaśność. I tak czy siak, w starciu ze słodyczą kwaśność wydaje się niczym. Ponownie nie ma mowy u Cluizela o goryczce. Nie, przepraszam, przez chwilę próbuje się przebijać, ale jedynie co potrafi osiągnąć, to stworzyć złudzenie skórki cytrusa - kontynuując rześkie owocowe skojarzenia.



 Powoli słodycz zaczyna przed nami odsłaniać swoje twarze. Czuję soczyste gruszki zatopione w sosie waniliowo-jogurtowym. Kęs przybiera konsystencję idealnie gładkich lodów, jednakże nie wprowadza nas w tak przepastną głębię, jak robiła to Los Ancones. Dalej pojawiają się soczyste słodkie pomarańcze, a przewijająca się cały czas mleczno-jogurtowa nuta na tym gruszkowo-pomarańczowym tle rzeczywiście może przypominać mango. Wanilia również dość mocno się odznacza, niczym w gęstym, dobrej jakości serku waniliowym. Zwieńczenie słodyczy ponad owocami i wanilią jest miodowo-karmelowe, nieco imbirowe - ale mimo wszystko wrażenia związane z tą madagaskarską czekoladą dość szybko uciekają i nie zostawiają tak silnego posmaku jak Los Ancones. Nie można jej jednak odmówić słonecznej owocowości, której to spodziewałam się jeszcze po rozpakowaniu neapolitanki.
 
Na koniec warto nadmienić, iż Cluizel wziął kakao z Mangaro na warsztat także jeśli chodzi o wykonanie czekolady mlecznej. Mam nadzieję, że Mangaro Lait 50% pojawi się kiedyś na moim blogu. Mając na uwadze łagodność i przystępność wersji ciemnej, wyobrażam sobie ją jako niebywale delikatną. Tymczasem, jeśli chcecie poczytać opinie innych czekoholików na temat dziś opisywanej przeze mnie Mangaro 65% odsyłam Was:: tu, tu i tu.

Skład: ziarno kakao z plantacji Mangaro na Madagaskarze, cukier, tłuszcz kakaowy, strąki wanilii burbońskiej.
Masa kakaowa min. 65%.
Masa netto: 5 g.

poniedziałek, 19 października 2015

Michel Cluizel Los Ancones ciemna 67%


W ostatniej przesyłce z Sekretów Czekolady odnalazłam osiem 5-gramowych neapolitanek spod szyldu Michel Cluizel. Cztery różne czekoladki plantacyjne, z czterech odrębnych państw - po jednej dla mnie i mojego Męża. Zacierałam ręce na myśl o chwili, gdy w pewne sobotnie przedpołudnie zrzucimy z siebie karb obowiązków - by z otwartą głową i mocną kawą zasiąść do degustacji.

Najbliższe notki (z małą przerwą na Zottera) poświęcone będą właśnie tym czekoladkom.
Myślę, że wszystkie te czekolady będą wydawać się Wam przystępne ze względu na zawartość kakao nie przekraczającą 70%. Z racji, że warianty te są dostępne również w 70-gramowych tabliczkach wiem, że być może kiedyś wrócę do tych smaków - wszystko po to, by odkryć je na nowo i poczuć więcej. Gdy to zrobię, na pewno się tym z Wami podzielę, modyfikując neapolitankowe wpisy.

Nie wątpię bowiem w to, że mając do dyspozycji większą ilość plantacyjnej czekolady od Michel Cluizel będę mogła poczuć więcej, niż w pięciogramowej porcji. Dlaczego jestem aż tak pewna bogactwa i wartości tych czekolad? Michel Cluizel to francuska marka z rodzinnymi tradycjami. Wszystko zaczęło się od działalności cukierniczej, a następnie w jej ramach rodzina Cluizel zaczęła eksperymentować z kakao. Obecnie w normandzkiej manufakturze Danville produkuje się doceniane na całym świecie czekoladowe cuda. Firma rozszerzyła swoją działalność także na terenie USA. Przepiękna witryna internetowa Michel Cluizel jest wspaniałą wizytówką marki i kopalnią wiedzy na jej temat.



Dziś opisywana czekolada to kolejna obecna na moim blogu single-origin z Dominikany (pojawił się już dominikański Morin i Zotter z kooperatywy Yacao). Dzieło Michel Cluizel wywodzi się z konkretnej plantacji o nazwie Los Ancones. Wybaczcie, że nie będę rozpisywać się na jej temat, skoro w sieci wisi filmik o tej organicznej plantacji. Koniecznie obejrzyjcie.

 Los Ancones to utytułowana czekolada (jak zresztą wiele tabliczek od Michel Cluizel). Została zwycięzcą Soil Association Organic Food Awards w 2010 roku oraz zdobyła srebrny medal na International Chocolate Awards w 2012. W sieci roi się od recenzji tej tabliczki. Czytając je już po degustacji naszych neapolitanek aż rozbolała mnie głowa. Poczułam, że moje odczucia są takie biedne. Zastanawiałam się, jak ja w ogóle opiszę tą czekoladę. Potem otrząsnęłam się wiedząc, że próbując jedynie 5 gram Los Ancones doświadczyłam jedynie kawałka tego, co może nieść z sobą ta czekolada. I właśnie ów kawałek chcę Wam zaprezentować. Jeśli chcecie zapoznać się z opiniami innych czekoholików na temat Los Ancones, odsyłam tu i przede wszystkim tu.


Skosztowana jako pierwsza spośród naszych neapolitanek Los Ancones, w zapachu zdawała się nam być mocno palona i szorstka. Wyczuliśmy wiele nut drzewnych, kojarzących się z suchą korą oraz z węglem drzewnym, być może także ze skorupami orzechów. Pierwsze wrażenie, z którym stykamy się kładąc kawałek czekolady na języku to suchość papieru i wiórów, trudno rozpuszczalna przy pierwszym kontakcie, mająca w sobie surowość przesuszonych cytrusów. Wystarczy jednak chwilę poczekać, by ta pozorna nieprzystępność zamieniła się w coś dystyngowanie głębokiego, zamieniającego się w krem.

Na podniebieniu długo rozlewa się kawowo-lukrecjowa rozkosz, doprawiona kroplą słodkiego skondensowanego mleka. O tak, po przedarciu się przez suchość zapadamy się w bezkresną kawową głębię. Jest to wyciągnięcie z kawowego naparu wszystkich jego zalet, a przy tym wyzbycie się ewentualnej nadmiernej goryczki - poziom goryczki w tej czekoladzie oceniam bowiem na bliski zeru. W wielu miejscach w sieci przyrównywano to niby-kawowo-lukrecjowo-mleczne gęste odczucie do smakowania oliwek i myślę, że coś w tym może być.

W trzecim etapie przychodzi do nas odrobina kwaśności, która jest drobnym akcentem w rozlaniu się owocowości, a dominują w niej truskawki i wiśnie, może trochę śliwek. Na koniec zamienia się to w coś odrobinę pikantnego, by po chwili zaskoczyć miłą wanilią. Całość wydaje się być stateczna i poważna, a przy tym tajemnicza i rozbudzająca ochotę na więcej.


Już po zakończeniu degustacji wszystkich neapolitanek zgodnie z moim Mężem uznałam, że to właśnie Los Ancones stałaby w pierwszej kolejce do wypróbowania jeśli chodzi o pełnowymiarową, 70-gramową wersję. W tej czekoladzie dzieje się bardzo dużo, dlatego zdecydowanie przydałoby się jej nieco więcej, aby chwile spędzone na odkrywaniu jej dobrodziejstw nie były aż tak ulotne. W końcu to tylko pięciogramowe maleństwo, kawałeczek nieba... A już pojutrze przekonacie się, jak według Michel Cluizel wygląda czekoladowe niebo nad Madagaskarem.

Skład: ziarno kakao z plantacji Los Ancones w Dominikanie, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, strąki wanilii burbońskiej.
Masa kakaowa min. 67%.
Masa netto: 5 g.

sobota, 17 października 2015

Zotter Never-Ending Strawberry truskawkowa z jogurtowym dyskiem


Jesień rozkręciła się w Polsce na dobre, ale ja mam dziś dla Was iście letnią czekoladę. Jest to ostatnia propozycja Zottera z tegorocznej edycji Spring Specials, jaką chcę Wam zaprezentować. Wahałam się, czy w ogóle zamawiać ten wariant, ale w końcu zdecydowałam, że Mitzi Blue też warto co jakiś czas pokazywać. W końcu to takie czekoladowe ciekawostki. Czekolada o nazwie Never-Ending Strawberry wydaje się być szczególnie interesująca (oczywiście, o ile jest się fanem truskawek).

W Never-Ending Strawberry duży dysk wykonany jest na modłę tabliczek Labooko Fruit - jest to biała czekolada, gdzie część mleka w proszku zastąpiono owocowym (tutaj truskawkowym) proszkiem. Mały dysk to czekolada jogurtowa, również z truskawkowym zacięciem. Truskawkowo do potęgi entej! Bałam się, czy nie będzie aby za mdło, nie za mydlanie (wszak Blueberry nie wywarła na mnie najlepszego wrażenia). Nie miałam obaw w kwestii sztuczności - w końcu to Zotter i skład ma nienaganny. Z mieszanymi uczuciami rozpakowałam z folijki to czekoladowe wspomnienie lata.




Wąchając Never-Ending Strawberry najpierw niewiele czujemy, ale wystarczy mocno zaciągnąć się zapachem położonej na płasko tabliczki by wyczuć specyficzny, pudrowy zapach truskawkowych cukierków. Z jednej strony zaciekawiłam się, ale z drugiej zawahałam.

Najpierw spróbowałam kawałek dużego, truskawkowego dysku. Rzeczywiście, dominująca część jest znacznie pudrowa (ale nie proszkowa), przypominając przez to pudrowe drażetki. Jest przy tym bardzo kwaskowata, w naturalny owocowy sposób - i naprawdę mało czekoladowa. Nie można też tu mówić o aksamitności, choć czekoladę charakteryzuje wysoka zawartość tłuszczu kakaowego (aż 38%). Można by było pomyśleć, że to baza na bardzo dobrą białą czekoladę, jednak nawet jeśli rzeczywiście jest ona wyśmienita - to całą "białoczekoladowość" przykrywają truskawki.

Truskawkowość jest na tyle mocna, że przez chwilę sprawia wrażenie sztuczności. Przytłacza tak, że stwarza iluzję przesłodzonej truskawy (jak w cukierkach typu Zozole), choć przecież wcale tak nie jest. Po chwili to odczucie zostaje przegonione w kąt i przychodzą o wiele milsze skojarzenia.



Pudrowość wprawdzie towarzyszy nam cały czas, ale nie jest ona przytłaczająca - a raczej wręcz przeciwnie - po prostu wciąga. Mydlaności i mdłości na całe szczęście nie ma tu ani śladu, inne nieprzyjemne smaczki również nie są dostrzegalne. Ta truskawkowa kwaśność i słodycz, wzbogacona o karmelowy posmak - jest niczym wyciągnięcie truskawkowej esencji z tych wszystkich truskawkowych słodyczy z dzieciństwa, a wyrzucenie z nich margarynowych i sztucznych paskudztw. Naprawdę intrygujące doświadczenie. Na dodatek popijana gorzka czarna kawa genialnie przełamywała dość znaczną słodycz.

Po zjedzeniu części truskawkowego dysku zajęłam się jogurtowym środkiem. Ah, jaki on był pyszny! Szkoda, że jest go tak mało - znów ubolewam, że Mitzi Blue mają taką, a nie inną formę. Kompozycja zdecydowanie lepiej wypadłaby w przypadku naprzemiennego przeplatania się pasm truskawkowych i jogurtowych w jednej tabliczce.

Dlaczego jogurtowy środeczek tak mi przypasował? Smakuje niczym maślanie tłusty jogurt, umiarkowanie kwaskowaty, z lekką tylko nutką truskawki - rewelacyjnie przyprawiony potężną, mocną wanilią. Ok, rozumiem, że nazwa produktu zobowiązuje i w Never-Ending Strawberry nie mogłoby znaleźć się więcej tej jogurtowej części... Przyznam jednak, że po spróbowaniu jogurtowego dysku, część truskawkowa wydała mi się na dłuższą metę monotonna - a jogurtowe maleństwo tak pięknie przełamywało ową owocową moc...



Potem powracamy do truskawkowego dysku, którego zostało jeszcze sporo. W głowie pojawiają się kolejne przemyślenia jego dotyczące. Jest on dość zbity i nie rozpuszcza się łatwo, ale przywiódł mi na myśl domowej roboty sorbet z truskawek, jaki tego lata jadłam u klientki. Z jednej strony - najpierw miałam skojarzenia z dziecięcymi słodyczami, balansującymi na granicy kiczu - a teraz przyszły mi na myśl najbardziej naturalne w świecie lody. Never-Ending Strawberry to chyba truskawka we wszystkich możliwych odsłonach, zaklęta pod postacią czekolady.

Koniec końców, traktuję doświadczenie z tą letnią czekoladą jako udany eksperyment (choć nadal ubolewam nad tak małą ilością jogurtowej części). Muszę przyznać, że dla przeciętnego zjadacza truskawek ta truskawkowa tabliczka może wydać się ostro przesadzona. Zdecydowanie Never-Ending Strawberry to czekolada dla truskawkowych fanatyków, przytłaczająca swoją owocowością. Miło by było sobie sięgnąć po nią gdzieś w środku zimy, aby poczuć takiego truskawkowego kopa... Tylko, że do teraz nie wiem, co mają znaczyć te postacie na opakowaniu ;).


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, suszone truskawki 12%, odtłuszczone mleko w proszku, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka 1%, pełny cukier trzcinowy, proszek cytrynowy, lecytyna sojowa, wanilia, sól.
Masa kakaowa min. 38%.
Masa netto: 65 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 576 kcal.
BTW: 3,2/39/52

czwartek, 15 października 2015

Menakao Bright & Crispy ciemna 70% z sezamem i kokosem



Po Fudgy & Light oraz Deep & Fruity czas na kolejną tabliczkę spod szyldu Menakao - Bright & Crispy. Jest to pierwsza próbowana przeze mnie madagaskarska czekolada, która zawiera w sobie dodatek pod postacią posypki. W zasadzie, to aż do wyjęcia cacuszka z szczelnego opakowania nie wiedziałam, że będę mieć do czynienia z posypką. Wcześniej wyobrażałam sobie, że dodatki wtopione zostaną we wnętrze tabliczki. O jakie dodatki chodzi? W Bright & Crispy posłużono się sezamem i kokosem, co dla mnie brzmi niezwykle smakowicie. Oczywiście, zarówno sezam jak i kokos również pochodzą z Madagaskaru - tak jak wszystkie inne składniki czekolad Menakao.

Przy poprzedniej recenzji Menakao wielu z Was zwróciło szczególną uwagę na portrety umieszczone na opakowaniach. Otóż nie są to postacie przypadkowe. Na każdej z czekolad Menakao znajdują się reprezentanci ludów związanych z Madagaskarem. Na menakao.com przybliżony został każdy z nich (w zakładce "Our products"). Opakowanie Bright & Crispy zdobi przedstawiciel Antemoro. Antemoro znaczy "człowiek z wybrzeża/brzegu" - to potomkowie arabskich kupców, przybyłych na Madagaskar w siódmym wieku. Ludzie Antemoro to eksperci w dziedzinach wróżbiarstwa, astrologii oraz w piśmie arabskim.




Wracając do samej czekolady - z wierzchu jej podział na kostki wygląda tak samo, jak w o dwa procent bogatszej w kakao Deep & Fruity, zaś od spodu znajduje się sześć skupisk sezamowo-kokosowej posypki. Zagęszczenie dodatków budzi podziw, ale ich niesymetryczne rozmieszczenie względem podziału kostek jest denerwujące. Prowokuje to do rozsypywania się ziarenek podczas łamania czekolady, dlatego my przekroiliśmy naszą Bright & Crispy nożem na pół. Dalej każdy już bezpiecznie wgryzał się w swoją połówkę.

Czekolada pachnie po prostu pięknie. Spod wyrazistego aromatu mlecznego kokosa i wysokiej jakości chałwy wydobywa się lekka ziołowość kakao. Dyskretnie przydymione nuty podkręcają urok woni przypominającej delikatny kokosowo-sezamowy krem.



Stateczna, twarda kostka umieszczona w ustach rozpościera w nich wyrazistą, ale bardzo przyjemną kwaśność, nieustannie podszytą lepkawą wilgocią. Pierwsza próba scharakteryzowania tej kwaśności prowadzi nas do grejpfruta i niedojrzałych jeżyn, ale to odczucie jest tylko chwilowe. Pojawia się bowiem mleczna nuta, idealnie współgrająca z kokosem, a dalej również z sezamem. Przez moment pomyślałam o jogurtowych lodach, ale nie, to jeszcze nie było najtrafniejsze spostrzeżenie. Rozmyślałam nad tym mlecznym akcentem przełamującym kwaśność i w końcu, jak olśniona, już wiedziałam, co jest numerem jeden w tej tabliczce. Jest nim KEFIR.

 Prawdziwy kefir - naturalnie gęsty, pełnotłusty. Z grudkami, które po rozgryzieniu wydobywają z siebie rozkoszną, orzeźwiającą mleczną kwaśność. Iluzja kefiru towarzyszyła mi już do samego końca degustacji i była tak intensywna, że czasem ewoluowała już w stronę zanadto przefermentowanego, wręcz zepsutego mleka. Uwielbiam gęsty kefir, więc ten smak w czekoladzie odpowiadał mi bardzo, choć z drugiej strony aż taka wyrazistość chwilami gryzła mi się z faktem, że to jednak jest tylko (aż!) kwestia mocy kakao. Wcześniej z kefirową wyraźną nutą spotkałam się w tabliczce z Manufaktury Czekolady (mowa o Ekwador 60% mleko + wanilia), ale nie był to aż tak dominujący smak, jak w Bright & Crispy. Generalnie, przez cały czas w tej czekoladzie dominuje kwaśność, wilgotność i słodycz typowa dla kefiru - nie spotkamy tutaj ani procenta goryczy i ściągania.


Jak pośród tego wszystkiego sprawdza się posypka? Otóż idealnie podkreśla i wieńczy wdzięki samej czekolady. Wraz z kefirowym kakao tworzy delikatny i sycący koktajl sezamowo-kokosowy. Zarówno sezam, jak i kokos doskonale łączą się z intensywnym smakiem kefiru. Wspaniała jest struktura dodatków. Ziarenka sezamu są delikatne, nie spalone na ciemny wiór, a przy tym niosą ze sobą odrobinę kwaskowatej paloności. Wiórki kokosowe trudno nawet nazywać wiórkami. Trafniejszym określeniem byłyby kokosowe płateczki (nie płatki!), tak bardzo są one mięciutkie i subtelne (a przy tym pełne naturalnych smakowych dobrodziejstw kokosa).

Bright & Crispy to dla mnie diametralnie inna czekolada niż Deep & Fruity, co wcale nie zależy od obecności dodatków. To smakowało przepysznie, a przy tym bardzo odmiennie, niecodziennie. Nie wiem, czy każdemu przypasuje ta czekolada, bo posmak kefiru naprawdę nieźle tutaj miesza. Ja czuję się urzeczona i nabieram co raz to większego apetytu na kolejne propozycje od Menakao.


Skład: ziarna kakao z Madagaskaru, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, suszony kokos, ziarna sezamu, lecytyna sojowa non-GMO.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 75 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 620,66 kcal
BTW: 10,3/46,38/40,51

wtorek, 13 października 2015

Zotter India 62% ciemna


W zestawie Labooko Contest, do duetu ze wspaniałą Loma Los Pinos przyłączona została intrygująca tabliczka z indyjskiego kakao. Serce tak mocno biło mi tuż po degustacji dominikańskiej czekolady, a tutaj czekało na mnie jeszcze takie orientalne cudeńko. Czułam, że prawdziwe palpitacje serca zbliżają się nieuchronnie...

  Wprawdzie istnieją czekoladowe marki bazujące tylko i wyłącznie na indyjskim kakao (chociażby Earth Loaf, opisywana już na blogu Chwile Zasłodzenia), ale to Zotter miał być moim pierwszym doświadczeniem z ziarnami z tej części globu. Zotterowska India 62% została wykonana z kakao wyhodowanego w stanie Kerala, położonym na Wybrzeżu Malabarskim. Kerala to niezwykłe miejsce na mapie Indii. Mówi się tam językiem malajalam, posiadającym swój odrębny alfabet. To stan, który stoi na najwyższym poziomie w Indiach jeśli chodzi o edukację i medycynę. Sama nazwa Kerala oznacza krainę palmy kokosowej. W Kerali prócz kakao i palmy kokosowej uprawia się herbatę, pieprz, wanilię, cynamon i kardamon. O mamo! To brzmi, jakby cała keralska ziemia przesiąknięta została tymi magicznymi aromatami.


Jako, że mieszkańcy Kerali są naprawdę kumaci, nie jest dla nich problemem uprawa kakao według zasad Fairtrade i Organic - czyli tak, jak lubi Zotter. Pochodzące z tych ziem ziarno wymaga szczególnego traktowania - Zotter uprażył, zmielił i skonsztował je według specjalnej receptury. Jakże byłam ciekawa, czy pełna ciemna czekolada bez dodatków rzeczywiście odzwierciedli ducha Indii? Wcześniej już jadłam doskonałą Namaste India z serii Zotter Handscooped, ale przecież była to tabliczka pełna przypraw, utkana na indyjski wzór, pełna tamtejszych inspiracji. Tu zaś mamy czyste kakao.

 Wąchając Indię 62% nie czujemy już mrowienia w nosie jak przy Loma Los Pinos. W pierwszym momencie odczuwamy wilgoć, a potem do głosu dochodzą akcenty tak mocne, że aż niedorzeczne. Cynamon? Może... Ale przede wszystkim jest to lukrecja i anyż, doprawione olejkiem z mięty. Dłonie zaczęły mi drżeć z podekscytowania.


Struktura tej czekolady jest twarda i sucha, przypominająca zbity kryształ. Kęs ciężko rozpuszcza się w ustach, pozostawiając w nich słodko-suchy posmak i swoistą ziemistość. Gdy już stopniowo rozleje się w ustach cały bukiet Indii 62%, doznajemy szoku. Totalnie detronizuje nas duszność najprawdziwszych, intensywnych przypraw. Przypraw, które dominują nad wszystkim w tej czekoladzie - a przecież wcale ich tam NIE MA! To, co wyczuliśmy w sferze zapachu, w smaku przychodzi ze zdwojoną siłą. Lukrecja prześciga się z anyżem, a między nimi wiruje mocna miętowa esencja. Do tego dochodzi nieprawdopodobna dawka kardamonu, do której przykolegowują się pieprz i cynamon. Obłęd.


 Gorycz i kwaśność praktycznie zupełnie tu nie występują. India 62% to czysta słodycz wyraziście doprawiona pikanterią. Konsumpcja tej czekolady była niczym zjadanie zmrożonego piernikowego kremu, aż suchego od bogactwa przypraw. Na pewno jest to czekolada mniej przystępna od Loma Los Pinos, esencjonalnie orientalna. Sucha ziemistość daje się cały czas odczuć na języku, tak, jakbyśmy spożywali miks zmielonych przypraw korzennych.


India 62% jest nieprawdopodobnie korzenna, z ziołową nutką - choć nie ma tu ani grama przypraw i ziół. Ta czekolada jest najlepszym przykładem na to, jak bardzo chłonne i plastyczne jest kakao. Potrafi smakować diametralnie różnie w zależności od metod obróbki, lecz przede wszystkim - znaczenie ma miejsce uprawy kakaowców. Jeśli ktoś nadal nie wie o co mi chodzi, gdy piszę o różnorodności czekolad single-origin, powinien wypróbować tego zotterowskiego duetu - tutaj różnice aż biją po głowie. 

 To pozycja obowiązkowa dla każdego fana korzeni - brak ich obecności w czekoladzie wprawia w niemałe zaskoczenie. Po degustacji Indii 62% będę teraz każdą tabliczkę single-origin odbierać jako podroż do krainy, skąd pochodzi kakao wykorzystane do produkcji czekolady. Mając świadomość, jakie przyprawy są uprawiane na ziemiach Kerali i czując je tak obezwładniająco intensywnie w keralskiej czekoladzie - już wiem, że Prawdziwa Czekolada posiadła tak pożądaną przeze mnie, wymarzoną moc. Moc teleportacji.


Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sól.
Masa kakaowa min. 62%.
Czas konszowania: 16 godzin.
Masa netto: 35 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 581 kcal.
BTW: 8,7/41/42

niedziela, 11 października 2015

Zotter Loma Los Pinos 62% ciemna


Dzisiaj przed Wami pierwsza czekolada z duetu Labooko Contest zawierającego dwie tabliczki 62%, stworzone z kakao pochodzącego z dwóch odległych od siebie części świata. Co za porównanie! Degustacja pozwoli nam na teleportację - z Dominikany do Indii. Z jedną dominikańską czekoladę miałam już do czynienia (mowa o dziele od Morin) i jak się okazało, w zotterowskiej Loma Los Pinos odnalazłam kilka podobnych nut, ale o tym za chwilkę...

Yacao to dominikańska asocjacja producentów kakao. Jej działalność wspiera nie tylko lokalne społeczności, ale i naturalną przyrodę obszaru Loma Los Pinos. Kakaowce nie wypierają tutejszych lasów, one żyją z nimi w zgodzie. Tak samo Zotter pragnął pozostać w zgodzie z dominikańskim spojrzeniem na kakao i stworzył ciemną czekoladę na latynoską modłę - słodką, a jednocześnie zawierającą w sobie całe bogactwo regionu.

 
Co przynosi nam w darze dominikańska ziemia? Świeżo rozpakowana ze złotka tabliczka pachnie wilgocią oprószoną cynamonowo-owocowym pyłkiem. Tak, przybliżając nos tuż do brązowej tafli czujemy się, jakbyśmy zaciągali z jej powierzchni pyłek, który lekko i przyjemne kłuje w nos. Ma on aromat mieszanki sproszkowanych owoców i kory cynamonu. Zapowiada się ciekawie.

W ustach Loma Los Pinos niełatwo poddaje się działaniu ciepła - jest twarda i zbita. Gdy już w końcu zacznie się rozpuszczać, staje się błotnista i lepka. To, co się dzieje, gdy odkrywa przed nami swoje wnętrze, jest nieprawdopodobne. Czekolada staje się głęboka niczym bagno - zamykamy oczy i zapadamy się we wspaniałą słodycz. Wykwitną słodycz, która gra pierwsze skrzypce w tej kompozycji.


 
Czym jest słodycz wykwintna? To smak, który nie ma w sobie ni krzty ordynarności białego cukru - przeplatany deserowo-goryczkowymi kawowymi elementami, z nutą kwaśności charakterystycznej dla owoców i orzechów. Przez odczucie rozkosznej i głębokiej słodyczy przebija się kawowy, dystyngowany akcent, a dalej... O nie, nie w ten sposób, tego nie da się tak opisać, to trzeba zebrać w całość.

W rozwinięciu Loma Los Pinos ma trzy etapy, przechodzące płynnie z jednego w drugi. Nie jest to czekolada bardzo zmienna, ale te trzy etapy bez problemu byłam w stanie wyróżnić. Loma Los Pinos przenosi nad do cukierni, jasnej i pełnej pozytywnej energii. Przez czyste szyby przebija się radosne słońce, oświetlające półki uginające się od świeżych wypieków - pięknych, dopracowanych co do najmniejszego szczegółu, dobrych jakościowo.



Pierwszym etapem jest wilgotny tort czekoladowo-kawowy, z kandyzowanymi wiśniami. Drugi etap to kruche ciasto mokre od mnogości świeżych śliwek w cynamonie, ozdobione bezą i aromatyczną kruszonką. Trzecią częścią jest cytrynowa tarta zawierająca w sobie cytrynowy likier, suto posypana prażonymi orzechami. Pomiędzy jednym a drugim etapem podjadamy mocno zmrożone czekoladowe lody, bo właśnie tak w ustach rozpuszcza się ta czekolada. W finiszu pojawia się mleczność, a na podniebieniu pozostaje błoga słodycz i gładkość bez krzty proszkowatości.

Cóż tu więcej pisać? Loma Los Pinos po prostu z niewyobrażalną mocą stymuluje zmysły i pobudza mózg. Wszystko wrze wewnątrz człowieka gdy je te pyszności, uśmiech sam wstępuje na twarz, a w całym organizmie zaczyna pulsować niewyobrażalna dawka endorfin. Jakże inaczej mogłoby się stać dzięki czekoladzie znad Morza Karaibskiego? To wręcz musiała być esencja witalności. Tak bardzo zostaliśmy rozbudzeni tą czekoladą, a przecież przed nami była jeszcze degustacja tabliczki z Indii... Co takiego przyniosła nam hinduska piękność? Tego dowiecie się już pojutrze!


Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sól.
Masa kakaowa min. 62%.
Czas konszowania: 16 godzin.
Masa netto: 35 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 578 kcal.
BTW: 7,9/41/42

piątek, 9 października 2015

Torras biała z maltitolem i jagodami goji

 

Z marką Torras miałam osobiście do czynienia tylko raz. Ciemną tabliczkę z owocami leśnymi, słodzoną erytrolem i stewią, dostałam jakiś czas temu od Przyjaciółki. Okazała się być niezbyt górnolotną w smaku, ale całkiem lekką przekąską, która dobrze sprawdzałaby się w ciepłe dni. Naturalny słodzik w czekoladzie wcale nie musi smakować paskudnie. Ba, może nawet smakować wspaniale i podkreślić walory kakao, tak jak stało się to w 80-tce z Manufaktury Czekolady słodzonej ksylitolem. Kupując kolejną tabliczkę Torras, jeszcze o tym nie wiedziałam, ponieważ byłam przed degustacją czekolady z Manufaktury. Pochlebne recenzje Candy Pandas na temat migdałowej pozycji z repertuaru Torras zachęciły mnie jednak do zakupu. Już sporo czasu temu, kupując w poznańskich Arkadiach Smaku opisywaną już Vivani z chili, sięgnęłam po białą tabliczkę od Torras. Słodzoną maltitolem, z dodatkiem suszonych jagód goji.

 Biała Torras leżakowała dość długo w Magicznej Szufladzie, a jej odległy termin ważności wcale mnie nie gonił. W czerwcu zabrałam ją jako zapas w góry, ale potem zdecydowałam, że jedzenie bezcukrowej tabliczki na szlaku będzie bezcelowe. Leżała więc tak i leżała, a ja nabierałam coraz to większych obaw, czy ta czekolada w ogóle będzie mi smakować. Wiadomo, że kiepskiego sortu białe czekolady potrafią być paskudne, a jak dodamy do tego eksperyment ze słodzikiem oraz nieznanej jakości owoce - w ostatecznym rozrachunku może być strasznie. Ciągle odkładałam degustację Torras na później, aż w końcu zaplanowałam ją na konkretny dzień, bowiem ta tabliczka najdłużej zalegała w Magicznej Szufladzie i po prostu trzeba było się jej pozbyć. Raz kozie śmierć - kupiłaś, to zjedz.


 Tabliczka została zapakowana w klasyczny, coraz rzadziej spotykany już sposób, a mianowicie w papierek i sreberko. Była na tyle gruba i zwarta, że ochrona w postaci kartonika byłaby zbędna (choć generalnie przepadam za kartonikowymi opakowaniami). Tabliczkę podzielono na kostki z nietypowym grawerem, zaś zatopione w niej dość liczne jagody goji zostały nierównomiernie rozproszone na całej powierzchni produktu.

Pełna obaw zaciągnęłam się zapachem tabliczki. Poczułam ulgę, odczuwając wyraźną i przyjemną mleczność oraz subtelną waniliowość. Była to woń nieco tańszej białej czekolady, ale takiej całkiem w porządku. Aromatu owocowego nie wyczułam.



W pierwszym kontakcie z językiem wydaje się być sucha i proszkowa, co po chwili przechodzi w nieznaczną lepkość. Kubki smakowe atakuje intensywna słodycz, jak to zazwyczaj bywa w białej czekoladzie. Jest to jednak innego rodzaju słodycz - bardziej lekka, nieprzymulająca i nieobciążająca. Efekt maltitolu zauważalny jest od razu.

Jedyny ciężar w tej czekoladzie stanowi tłuszcz, który odczuwany jest nie jako gładko maślany, lecz bardziej zbity wraz z mlekiem w proszku w jedną zwartą masę. Mimo wszystko czuć, że Torras użył tutaj tłuszczu kakaowego nie najgorszej jakości. Nienachalna wanilia przypieczętowuje mleczną, wyraźną słodycz i dopełnia całości, która nie okazała się taka zła.



Jagody goji smakują gorzkawo-kwaśno-cierpko, ponownie przypominając mi owoc dzikiej róży. Nieco nie pasują do całości kompozycji. Mam wrażenie, że lepiej wypadłyby tutaj niezawodne orzechy. Jagody goji okazały się być znacznie bardziej suche, niż te w Zotter Goji Berries In Sesame Nougat. Są małymi przeszkadzajkami, choć z drugiej strony ciekawie równoważą słodycz czekolady.

Na finiszu, po połączeniu smaku jagód goji z nietypową białą czekoladą, zidentyfikowałam coś na kształt suchego orzechowego posmaku. Całość nie zasładzała w sposób obrzydzający, a przy tym dobrze udawała cukrową słodycz - tylko, że robiła to z niespotykaną lekkością. Wprawdzie ja nie mogłam dojeść całej swojej części tabliczki, ale to tylko dlatego, że mimo wszystko nie jest to produkt w moim typie (no i byłam jeszcze nieco najedzona po śniadaniu). Mój Mąż ochoczo przyjął moją resztkę.



Zdecydowanie jest to świetny produkt dla cukrzyków kochających białą czekoladę. To bardzo dobra alternatywa klasycznej bieli, bez odrzucających posmaków - powinna sprawić zadowolenie. 100 g tej czekolady to tylko 463 kcal i jedynie 10 g cukru (zapewne laktozy z mleka w proszku). Na dokładkę mamy superowoce - jakby nie patrzeć, Torras stworzył całkiem udany produkt funkcjonalny. Dla mnie doświadczenie na raz, ale dla wielu osób ta tabliczka może stanowić ostatnią deskę ratunku.

Skład: maltitol 47%, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, jagody goji 7%, inulina, lecytyna sojowa, wanilia.
Masa netto: 75 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 463 kcal.
BTW: 6/31/59 (cukry 10 g).

środa, 7 października 2015

Zotter Golden Millet jaglana 50%

 

 Po straszliwych doświadczeniach z gryczaną wegańską czekoladą Zotter Buckwheat drżałam, co takiego przyniesie ze sobą kolejna tabliczka z tej serii. Druga panienka z duetu to Golden Millet, a więc czekolada jaglana. Mleko w proszku zostało całkowicie zastąpione w niej przez sproszkowane proso (mamy go w składzie 18%). Zawartość masy kakaowej w tym produkcie wynosi 50%, a więc o 5% więcej niż w wersji gryczanej. Choćby ta drobna różnica napawała mnie nadzieją, że będzie lepiej.

Trudno mi się zdecydować, którą kaszę kocham bardziej - jaglaną czy gryczaną. Po prostu obie z nich wykorzystuję w innych połączeniach. Co ciekawe, aż do tegorocznej wizyty w Armenii nie jadłam jaglanki na słodko. Zawsze była w moim domu towarzyszem wytrawnych dań obiadowych. W Armenii odkryłam ją na nowo ze słodkimi dodatkami, a mój Mąż wprost się w niej zakochał. Dotąd do kaszy jaglanej podchodził bardzo sceptycznie.

Czas wstrzymać oddech i przejść do tej dramatycznej próby smaku. Czy kasza jaglana zachowuje się w zotterowskiej czekoladzie bardziej przystępnie, niźli gryczana? Jaglana tabliczka charakteryzuje się równie bladą i mało głęboką barwą, co wersja gryczana. W kwestii zapachu najpierw wyczuwamy mleko (pomimo tego, iż w składzie mleka brak), a następnie kilka suchych nut. Najpierw jest to suszony bukiet kwiatów, a następnie sucha (nieugotowana) kasza jaglana przechowywana w przykurzonym słoiku.



Pierwszy kęs wiązał się z dłuższą chwilą zastanowienia. Milczeliśmy, rozpuszczając powoli czekoladę w ustach (powoli, bo robiła to ciężko), rozcierając ją językiem, wydobywając to co ma nam do powiedzenia. Gdy już dała się nam poznać, spojrzeliśmy na siebie i jednogłośnie stwierdziliśmy: "nie, ona wcale nie  będzie lepsza"...

Ponownie nie wyczuwamy dość wysokiego pułapu kakao (przypomnę - i tak większego niż w Buckwheat). Znów odznacza się spora słodycz, płaska i tępa. Ponadto pozostawia nieprzyjemne, tłustawo-zimnawo-suche uczucie w buzi, przywołując dawne niemiłe wspomnienia dotyczące wyrobów czekoladopodobnych. Degustacja Golden Millet jest niczym przegryzanie margaryny. To jakaś marna podróbka mlecznej czekolady dla wegan i osób nietolerujących mleka.



W czekoladach sojowych i ryżowych wyraźnie czuć było zarówno soję, jak i ryż. One miały swój specyficzny charakter, zaś wersja gryczana i jaglana całkowicie pozbawione są wyrazistości. Na siłę próbujemy szukać zalet. Ze zmęczeniem ciamkając kolejny kęs przychodzi nam na myśl miętowy efekt chłodzący, ale już za chwilę wiemy, że to po prostu chłód kostki margaryny wyjętej z lodówki. Raz po raz pojawia się przebłysk suchej kaszy jaglanej, ale jest on bardzo słaby. Całość ani trochę nie sprawia czekoladowej przyjemności.

Golden Millet chyba odrobinkę bardziej smakowała mi niż Buckwheat, co nie zmienia faktu, że poczęstowana w ciemno tą czekoladą i tak nie byłabym zadowolona. Za nic nie domyśliłabym się, że ma tak dobry (!) skład. Zapewne milion razy lepsza byłaby Zotter Handscooped z wnętrzem z dobrze przyrządzonej jaglanki - ale koniecznie widziałabym w takim wyrobie inną, nie jaglaną kuwerturę. Tak, tej jaglanej czekolady nie chciałabym widzieć nawet w formie polewy w Handscooped, w przeciwieństwie do sojowej, która świetnie się sprawdziła np. w Goji Berries in Sesame Nougat czy Ayurveda Genusskur. Zotter pokusił się na ciekawy eksperyment w stworzeniu tabliczek gryczanej i jaglanej, ale niestety smakowo jest to wielkie rozczarowanie. Może przygotuje jakieś poprawione odsłony?


Skład: tłuszcz kakaowy, surowy cukier trzcinowy, proso w proszku 18%, miazga kakaowa, sól, wanilia.
Masa kakaowa min. 50%.
Masa netto: 70 g (2x 35 g).
Wartość energetyczna w 100 g: 575 kcal.
BTW: 2,6/37/57

poniedziałek, 5 października 2015

Menakao Deep & Fruity ciemna 72%


 Pora rozpocząć serię wpisów dotyczących czekolad Menakao! Marka ta pojawiła się dotychczas jedynie raz na moim blogu. Była to recenzja mlecznej czekolady o 44% zawartości kakao, doprawionej madagaskarską wanilią. Pierwszy kontakt z Menakao miałam dzięki Czoko - mając w pamięci jej recenzję zakupiłam rzeczoną tabliczkę w sklepie R.Rajsigl w Innsbrucku. Kosztując tego skarbu obiecałam sobie, że prędzej czy później wypróbuję wszystkie produkty wypuszczone spod skrzydeł tej niezwykłej marki. Teraz te postanowienia realizują się - a wszystko to dzięki Sekretom Czekolady.

 Dlaczego Menakao jest takie niezwykłe? Otóż wszystkie etapy powstawania czekolad tej marki mają miejsce na Madagaskarze. Od uprawy kakao, aż po zapakowanie gotowej tabliczki. Tak. Jeśli chcecie spróbować czegoś prawdziwie madagaskarskiego, Menakao jest dla Was. Dzięki takim miejscom jak na przykład Sekrety Czekolady jesteście w stanie przenieść się do tego odległego i tak odmiennego kraju. Po polsku o Menakao możecie poczytać na menakao.pl i... sukcesywnie coraz więcej poczytacie o tej marce także na moim blogu :).

Opakowania czekolad Menakao są piękne. Kartoniki zdobią postacie w tradycyjnych strojach, o tamtejszej urodzie. Wewnątrz czeka na nas skrzętnie opakowana w próżniową czarną folię tabliczka i... historia, skąd tak właściwie wziął się pomysł na Menakao. My postanowiliśmy najpierw wypróbować czystą pełną czekoladę 72%, której nadano nazwę Deep & Fruity. O tym, czy imię zostało czekoladzie trafnie nadane, mieliśmy się już za chwilę przekonać.



 Pod czarną pierzynką kryje się piękna tabliczka o czerwonawym odcieniu. Właśnie stąd wziął się przedrostek MENA w nazwie firmy. Mena po malgasku oznacza kolor czerwony. Odcień czekolad Menakao sugeruje, że to prawdziwa esencja tej krainy - wszak Madagaskar nazywany jest Czerwoną Wyspą ze względu na licznie występujące tam gleby laterytowe.

Podzielona na kostki wygląda w przekroju niczym marmur. Wydaje się być stateczna i potężna. Kostki dotykane jedna o drugą stukają niczym warcaby - dźwięk ten znam już z kilku czekolad i podobnie jak ostry trzask łamanej tabliczki wywołuje już u mnie odruch zwiększonej pracy ślinianek. Zapach naszej Menakao wydaje się być bardzo przystępny. Jest w nim wprawdzie wiele nut sugerujących surowość, ale jest to jej bodaj najprzyjemniejsza forma. To surowość dzikiej i rześkiej słodyczy owoców.



Po włożeniu pierwszej czerwonawej kostki do ust, pierwszym wrażeniem odczuwalnym na kubkach smakowych jest kwaśność. Na początku wydaje się ona silna i okraszona szorstkością. Mimo swej mocy jest to kwaśność przystępna, bowiem przywodzi na myśl po pierwsze cytryny, a po drugie grejpfruty. Spod kwaśności z wielką gracją wyłania się słodycz. Ową dynamikę można przedstawić tak: na języku odczuwamy szorstki kwasek, a dalej w drodze do przełyku - słodycz z kremowym zwieńczeniem, przyjemnie rozlewającym się po podniebieniu. Goryczki w Deep & Fruity jest tylko tyle, ile możemy spotkać jej w cytrusach - a wywodzi się z białych cząstek pomiędzy owocowym miąższem bądź z grubej wierzchniej skórki. Pierwsze skrzypce gra tutaj orzeźwiająca kwaśność cytrusowego koktajlu.

Po pierwszym strzale kwaskowej owocowości wkraczamy w głębię wyżej wspomnianej kremowej słodyczy. Mamy dojrzałe i dorodne truskawki, czy raczej kompot z tych truskawek. Kwas zaczyna w wyrafinowany sposób mieszać się ze słodyczą, a intensywniejsze manipulowanie językiem na kostce staje się niczym wyciskanie z niej gęstego soku z malin. Pojawiają się także nuty dymione, wzbudzające skojarzenie z gęstymi domowymi powidłami ze śliwek tudzież z miąższem dorodnych jeżyn rosnących przy polanie na której często pali się ogniska. Przez moment odczuwałam to jako przypaloną skórkę od chleba, a mój Ukochany stwierdził, iż Deep & Fruity ma coś wspólnego z kwaśnością tytoniu do żucia. Ja poczułam się przez chwilę jakbym stała przy stoisku z owocami w Marrakeszu, wokół którego palą się kadzidła.

Deep & Fruity jest głęboka i lekka zarazem - dokładnie tak, jak mówi niezwykle trafnie dobrana nazwa. Nie jest zalepiająca, ale dobrze rozpuszcza się w ustach, niosąc ze sobą zaskakujące jak na ciemną czekoladę orzeźwienie - coś w deseń jak Zotter Peru Criollo Cuvee. Mimo wszystko jest totalnie odmienna od tej czekolady (bardziej dystyngowana, poważna, a przy tym dzika) i wydaje się być naprawdę oryginalna. Nie ma się co dziwić - w końcu na Madagaskarze wszystko jest inne. To było pyszne i już nie mogę doczekać się degustacji kolejnych tabliczek.


Skład: ziarna kakao z Madagaskaru, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa non-GMO.
Masa kakaowa min. 72%
Masa netto: 75 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 594,07 kcal.
BTW: 12,7/41,27/42,96