piątek, 31 lipca 2015

Zotter Miraculous Chokeberry mleczna nadziewana kremem aroniowym, galaretką z aronii i białą czekoladą


 W wieczór po degustacji ciemnej Vivani z chili przyszedł czas na dalszą część odstresowywania się - kolejna impreza, tym razem już z moim Lubym, no i do rana. Rzadko zdarza mi się spać do samego południa, a jeszcze rzadziej nie jadać śniadania - ale czasem po prostu trzeba sobie pozwolić na beztroskie lasowanie się w łóżku. Brak śniadania? Do teraz nie wiem, co nas podkusiło, aby po grillowym wieczorze wybrać się o czwartej rano na... kebaba. Kebaba, którego nie jedliśmy od lat. Apetyt podsycony lambikami i whisky kazał mi jeść to świństwo, choć podczas konsumpcji klęłam jak szewc - takie to było paskudne. Przynajmniej wiem, że przez lata nic się nie zmieniło i nadal nie ma sensu tykać takiego żarcia. Przez ten pieprzony kebab nie mieliśmy miejsca na naszą niedzielną jajecznicę, która przecież na dodatek jest idealnym śniadaniem na kaca! Ok, kisić się w łóżku można, nie zjeść śniadania można - ale kawę sobie odpuścić? Co to, to nie! A przecież do weekendowej kawy musi być czekoladka... I tak oto można uznać, że Miraculous Chokeberry została przez nas zjedzona na śniadanie.



Miraculous Chokeberry to kolejna tabliczka Zotter Handscooped należąca do tegorocznej kolekcji Spring Specials. Wykorzystanie akurat tego owocu jako dominujący element nadzienia było dla mnie miłym zaskoczeniem. Bezsprzecznie, aronia jest zapomnianym owocem, a już w ogóle pomija się ją jako dodatek do słodkości. Zotter jednak pamięta o aronii, w końcu umieścił ją także w H2O Superfood. Jakby nie patrzeć, aronia to rzeczywiście nasze rodzime superfood i warto o tym wiedzieć w dobie poszukiwań źródeł zdrowia w egzotyce. Cudze chwalicie, swego nie znacie! Aronia to ogromna bomba witaminowa i antyoksydacyjna. Smak? Owszem, jest cierpka, ale ja bardzo bardzo lubię smak aronii. Moim zdaniem świetnie komponuje się z wieloma deserami jako przełamujący dodatek. Przepadam za kompotem aroniowym, jaki robi moja Teściowa. Zawsze wyjadam wszystkie owoce po otwarciu słoika z kompotem.

 Aronie użyte do wyrobu tej czekolady pochodzą z austriackiej Styrii. Zostały umieszczone w nadzieniu pod postacią soku aroniowego (aż 17% całości składu), co jednak nie oznacza, że nadzienie jest monotonnie aroniowe. Wręcz przeciwnie! Pod otuliną mlecznej czekolady o 40% zawartości kakao położone są naprzemiennie różnorodne warstwy nadzienia. W dwóch rodzajach warstw aronia grała pierwsze skrzypce, a w trzecim królową była... biała czekolada. Chcecie szczegółów? Czytajcie dalej!



Najpierw wgryzamy się w przepyszną mleczną czekoladę. To ona wiedzie prym w kwestii zapachu tej tabliczki - aroniowe akcenty tylko przebłyskują przez bogaty aromat samej czekolady. Okazuje się ona być bardzo delikatną i maślaną kakaową pysznością, której nutki kwaśnych owoców nadają dodatkowego uroku. Aksamitna słodycz mlecznej czekolady przechodzi stopniowo w przyjemną kawową goryczkę, typową dla tabliczek mlecznych o wyższej zawartości kakao. Całość podkreślona jest wyraźną, duszno-dziką kwiatowością.

Jak wygląda środek? Przyjrzyjcie się dokładnie zdjęciom. Kremowa aronia, biała czekolada, aroniowa galaretka, biała czekolada, kremowa aronia. Spożywając wszystkie warstwy na raz doznajemy unikalnych odczuć - charakterystyczna cierpkość i kwaśność aronii zostają tutaj umiejętnie złagodzone przez bogactwo mlecznej czekolady, słodycz białej i miły migdałowy posmak. Nie tylko w sferze smaku i zapachu wiele się tu dzieje - Zotter funduje nam również małą przejażdżkę po świecie różnych konsystencji.





 Aksamitna, lecz zwarta i stabilna mleczna czekolada chowa zaraz pod sobą kremowe aroniowe nadzienie, które jest najdelikatniejszą strukturalną częścią czekolady. Ten jasnofioletowy krem jest gładki i nieco mazisty, tłustawy w sposób maślany, mocnomleczny z wyraźnym migdałowym akcentem - a wszystko to ukoronowane jest odświeżającą aroniową głębią. Z tej tłusto-słodkomlecznie-cierpkiej gładzi nagle przechodzimy do cienkiej warstwy przypominającej namoknięty, lecz nadal spoisty wafelek - oto płaty białej czekolady. Jest ona oczywiście słodsza od aroniowego kremu, aczkolwiek cukier nie przysłania tego, co można w niej odnaleźć. Również ma sobie wiele posmaków migdałów i mleka, przypieczętowanych dość intensywną wanilią.

Ze słodkiego białego opłatka przechodzimy do centrum i gwoździa programu - oto aroniowa galaretka! Moi mili, to już jest aronia bez kompromisów. Choć nigdy nie jadłam 100% aroniowej konfitury - przypuszczam, że właśnie tak ona smakuje. Poprzez dodatek pektyny jabłkowej aroniowy mus pozostaje w zwartej konsystencji, co stanowi dodatkowe urozmaicenie w strukturalnej kompozycji tej czekolady. Superowocowa rześkość, kwaśność, cierpkość, słodycz - sama natura.

Gdyby całe moje życie polegało na spaniu i chlaniu, z chęcią jadałabym częściej takie śniadania. Jeśli i Wasze życia wymagają od Was więcej codziennego wysiłku - z czystym sumieniem mogę polecić Wam Miraculous Chokeberry jako przepyszny deser. Zotter ponownie urzekł mnie dopracowaniem innowacyjnej kompozycji. Takie nadziewane czekolady po prostu je się wszystkimi zmysłami. Nie sądziłam, że aronia może być aż tak uwodzicielska. W towarzystwie wspaniałych czekolad: mlecznej i białej, będąca królową kremu i galaretki - pretenduje do miana drogocennej czarnej perły, a nie zapomnianego kwacha z opuszczonych ogródków działkowych. Mistrzowska kreacja. Miraculous Chokeberry!

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sok z aronii 17%, pełne mleko w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, miazga kakaowa, koncentrat cytrynowy, słodka serwatka w proszku, migdały, odtłuszczone mleko w proszku, pełen cukier trzcinowy, pektyna jabłkowa, sól, wanilia, lecytyna sojowa, cynamon, płatki róż, proszek cytrynowy (cytryna, skrobia kukurydziana).
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 70 g. 
Wartość energetyczna w 100 g: 450 kcal.
BTW: 5,1/28/45

wtorek, 28 lipca 2015

Vivani ciemna Ekwador 70% z chili

 

Po recenzji tabliczki z Manufaktury Czekolady, przyszedł czas na odkrywanie kolejnej karty w talii czekolad z chili. Dziś pragnę Wam przedstawić tabliczkę z pozoru podobną do koleżanki wykonanej na naszym rodzimym padole. Czekolada wypuszczona spod skrzydeł niemieckiego Vivani posiada ekologiczny certyfikat i jest stworzona z kakao odmiany Arriba (nie jest jednak tabliczką bean-to-bar, tak jak czekolady z naszej polskiej firmy). Obie pikantne dziewczyny składają się w 70% z kakao ekwadorskiego. Dopiero co opisywana papryczkowa propozycja z Manufaktury zawierała w sobie zwykły cukier buraczany, natomiast panienkę Vivani osłodzono nierafinowanym cukrem trzcinowym. W Vivani nie wyróżniono, jakiej odmiany papryczek użyto - w przypadku Manufaktury były to peri peri. Niby podobnie wyroby, ale jednak odmiennie. Jak Vivani zniosła porównanie z tak mocno polubioną przeze mnie pikantną czekoladą z Manufaktury?

Niemieckie czekolady Vivani są dość łatwo dostępne w naszym kraju. Można je zakupić w wielu sklepach ekologicznych (w gro z nich są to jedyne występujące tam czekolady), oraz w delikatesach z przysmakami z różnych stron świata. Ja swoją tabliczkę zakupiłam w poznańskiej Arkadii Smaku. Spośród oferty tej marki interesuje mnie jeszcze zbierająca z blogosferze bardzo pochlebne opinie pełna biała czekolada (recenzja Czoko). Chociaż z drugiej strony... Śmiem przypuszczać, że i tak obecnie posiadam z Magicznej Szufladzie pewne białe cacuszko, które wygra smakowo nad bielą od Vivani.


  
 Czas wybrany na degustację pikantnej Vivani nie był zbyt dobry. Zresztą, nie byłby dobry chyba również na każdą inną czekoladę. To było intensywne i przełomowe zakończenie tygodnia. Mętlik w głowie, ważne decyzje, poczucie obciążenia tym, jak jestem doceniana. Wszystko to wyciągnęło ze mnie siły, potrzebowałam naładowania, zresetowania.  Piątkowe wyjście na miasto z Przyjaciółką, pełne euforii dyskusje, wspomnienia. Kolejne emocje, aż... Zamiast balować do rana już po pierwszej upiłam się na smutno i zamarzyłam o własnym łóżeczku. A następny dzień... Znów zero sił. Choć mój Mężczyzna i ciemna czekolada z chili powinny dodać mi energii, dał mi ją tylko sen. A po wyspaniu się sobotnia impreza... Tym razem już do rana.

Tak, ta degustacja odbyła się z łóżku. Pomimo połączenia mocnej kawy i na pozór intensywnej czekolady - zaraz po skonsumowaniu swojej połówki tabliczki zapadłam w głęboki oczyszczający sen. Mam jednak wrażenie, że po pikantnej koleżance z Manufaktury Czekolady tak prędko bym nie zasnęła, nawet pomimo wyczerpania. Zdradzam więc już na wstępie istotną informację - to polska poprzedniczka mocniej mnie znarkotyzowała swoją azteckością.




Cieniutka, podzielona na duże kostki Vivani została zapakowana w klasyczne i lubiane przeze mnie połączenie sreberka z kartonikiem. Po wyjęciu jej na zewnątrz czujemy wonie sugerujące dużą dawkę słodyczy, bardziej kojarzące się z czekoladą deserową. Zapachy Vivani są aksamitne, gładkie, delikatne, bardzo proste. W tej sferze nie ma ani śladu chili. Ani odrobiny nutki, która mogłaby sugerować jego dodatek.

Przy dzieleniu na części czekolada łamie się łatwo i miękko, bez wyraźnego trzasku. Chili wyczuwamy już na początku obcowania kęsa z językiem, jednak pojawia się ono najpierw bardzo łagodnie i nieśmiało. Sama czekolada jest znacznie słodka, na początku lekko proszkowa, lecz koniec końców okazuje się być gładka. Dodatek chili nie jest wyczuwalny niemalże wcale w strukturze, widocznie zostało ono drobno zmielone. Bardzo rzadko trafiamy na większe cząstki, przez co czekolada praktycznie zupełnie pozbawiona jest paprykowego posmaku. Sama pikantność jest tutaj o wiele delikatniejsza niż w czekoladzie z Manufaktury. Owszem, czuć chili bez dwóch zdań, czasami jest to zmasowany atak - ale bez aż tak intensywnej i dzikiej inwazji, jak we wcześniej recenzowanej tabliczce.



Ekwadorska czekolada sama w sobie smaczniejsza okazała się być w wykonaniu Manufaktury Czekolady - zarówno dla mnie, jak i dla mojego Ukochanego. Niestety, w Vivani o wiele mniej jest bogactwa kakao. Pikantność została tutaj bardzo mocno przełamana prostą słodyczą czekolady - zawierającej w sobie nieco mlecznych posmaków - będącą tabliczką bardzo spokojną, a ubogą w tajemnicę i dzikość kakao.

W porównaniu tych dwóch czekolad z chili - dla mojego Ukochanego wygrało Vivani, a dla mnie Manufaktura Czekolady. Vivani to po prostu zdecydowanie łagodniejszy wariant tabliczki z takim wyrazistym dodatkiem. Nie dość, że sama czekolada jest o wiele łagodniejsza i słodsza - to jeszcze przyprawy nie sypnięto tak solidnie, jak zrobili to chłopaki z Manufaktury. Mojego Mężczyznę tabliczka z Manufaktury męczyła ostrością, była dla niego przesadzona - a mnie za to Vivani usypiała zbytnią delikatnością. Moim zdaniem zabrakło jej charakteru. Nie mniej - każda osoba mająca chętkę na wypróbowanie czekolady z chili znajdzie w tym duecie coś dla siebie.

To nie jest koniec odkrywania świata kakaowo-pikantnych smaków. Inny duet czekolad z chili czeka już w Magicznej Szufladzie na degustacje. Na ich recenzje musicie jednak jeszcze sporo poczekać... 


Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy nierafinowany, tłuszcz kakaowy, suszone chili.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 591 kcal. 
BTW: 6,6/45,7/33,1

sobota, 25 lipca 2015

Zotter Goji Berries in Sesame Nougat sojowa nadziewana nugatem sezamowym, jagodami goji i zieloną herbatą


Zapewne niejeden raz mieliście tak, że po zobaczeniu fotografii jakiegoś produktu w sieci zapragnęliście go mieć - i nie mam tutaj na myśli atrakcyjnego opakowania. Chodzi o wygląd jedzenia, który momentalnie doprowadził Was do ślinotoku. I choć zdecydowana większość czekolad Zottera ma bardzo apetyczny wygląd, to zdjęcie przekroju dziś opisywanej czekolady doprawadzało mnie do szaleństwa. Goji Berries in Sesame Nougat w internetowym sklepie Zottera przedstawiało się po prostu bosko. Wiedziałam, że muszę ją nabyć przy najbliższym zamówieniu z Czekolady Zotter Polska. Nie tylko sam wygląd był kuszący - połączenie orientalnych smaków również trafiało w moje gusta.

Wprawdzie nigdy dotąd nie próbowałam jagód goji solo (nie ulegając modzie na superfoods), ale za to sezamowy nugat w czekoladach Zotter Handscooped kosztowałam już nie raz. Ayurveda Genusskur, Yummy! Meals For Schools, Hummus Stret Art... Za każdym razem było to smakowite doświadczenie. Sojowa czekolada otaczająca bogate nadzienie jest mi dobrze znana z fenomenalnie oryginalnej Soy Dark & White, poza tym pełniła taką samą formę polewy jak tutaj w genialnej, wspomnianej już wyżej Ayurveda Genusskur. Zieloną herbatę w czekoladzie kosztowałam dotąd jako wyraźny dodatek do białej Wagner Traum Des Zenji, subtelny do mlecznej z Dolphin oraz symboliczny w Zotter H2O Superfood. Jako dominujący składnik nadzienia - zielonej herbaty nie spotkałam jeszcze nigdy. Pijam ów napój codziennie, co najmniej dwa duże kubki - takie nadzienie jest mi więc bardzo w smak.


 

Czekolada pachnie w sposób mocno wytrawny i przyprawowy, trochę jak orientalna potrawa. Przekrój wyrobu nie został wyidealizowany na fotografii w sklepie internetowym Zottera - rzeczywiście zauważyć tu możemy unikalny kontrast beżowej i  naturalnie zielonej warstwy, pomiędzy którymi umieszczono jędrne i soczyste jagody goji. Wspaniały widok!

Zagłębiając się najpierw w grubą warstwę sojowej czekolady o 40-procentowej zawartości kakao, odczuwamy dokładnie ten sam charakterystyczny posmak, jak w Soy Dark. Mocno orzechowa, a następnie ziołowa i kwiatowa, z sugestią kawy. Sojowa czekolada w tej tabliczce była jednak bardziej kremowa, zdecydowanie mniej sucha niż w Soy Dark. Zapewne wynika to z przesiąknięcia nadzieniem od spodu. Oprócz tego, przebija się tutaj również wyraźna przyprawowość nadzienia (przede wszystkim wyczuwalna jest kolendra i wanilia).


 

Na zwiększoną kremowość czekolady na pewno wpływ miała tłustość nadzienia znajdującego się pod spodem. A pod grubszą, górną warstwą czekolady - leży solidnym płatem tłuściutki sezamowy nugat. Jest on mocno zbity, a przy tym znacznie sypki w swej strukturze, przez co sprawia wrażenie naprawdę surowego. Ów sezamowy nugat ze spokojem przyrównać można do dobrej jakościowo, nieprzesłodzonej chałwy. Prawdziwa gratka dla każdego fana chałwy, będącego jednocześnie zwolennikiem zdrowego odżywiania. Jakiż to był cudny, naturalny smak! Pełna głębia sezamu, która została w umiejętny sposób doprawiona szczyptą kolendry, wanilii, anyżu i cynamonu.

Poniżej, w kontraście do szorstkawego wręcz nugatu - znajduje się zielony herbaciany krem. Jest o wiele gładszy w konsystencji, ale również niezbyt słodki i z wyraźnie wyczuwalnymi przyprawami. Niesie ze sobą charakterystyczny cierpkawy posmak, przyjemny dla każdego miłośnika herbaty. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy dotąd nie odczułam tak mocno w czekoladzie posmaku zielonej herbaty. To było naprawdę ciekawe doznanie, coś świetnie pasującego do całej reszty smaków.

W przekroju tabliczki szczególną uwagę zwracają jagody goji. Wyglądają fenomenalnie - chyba wszyscy się z tym zgodzą. Są to bowiem autentyczne świeże owoce zanurzone w nugacie i herbacianym kremie! Duże, jędrne, soczyste. W smaku są lekko cierpkie i gorzkawe, skojarzyły mi się w owocami dzikiej róży. Stanowiły idealne dopełnienie całej kompozycji, nadając jej nuty owocowej świeżości - a przy tym nadal ortodoksyjnie pozostając w orientalnym klimacie.


 

Warto zauważyć, że Goji Berries In Sesame Nougat ma bardzo prosty i krótki skład jak na Zotter Handscooped. Kolejna ważną cechę stanowi fakt, iż jest to produkt w pełni wegański. Otwiera to drogę do degustacji nie tylko weganom, ale i osobom, które po prostu nie tolerują mleka krowiego. Tak bogate nadzienie bez ani grama surowców mlecznych to  niemalże fenomen.

Mojemu Ukochanemu zabrakło w tej czekoladzie przełamania jakimś odmiennym smakiem. Mnie natomiast prawdziwie urzekła spójność Goji Berries In Sesame Nougat. To piękna esencja smaków Dalekiego Wschodu. Całość ma niezwykle wytrawny charakter. Przez cały czas konsumowania czekolady utrzymuje się sojowy posmak, świetnie komponujący się z sezamem, a także całą resztą składników. Goji Berries In Sesame Nougat to dla mnie perfekcyjnie przemyślana i dopracowana czekolada tematyczna, która w wykwitny sposób przenosi osobę degustującą do odległych krain. Smakowita podróż zmysłów.


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, proszek sojowy (soja, maltodekstryna, syrop kukurydziany), sezam 12%, miazga kakaowa, jagody goji 9%, syrop glukozowo-fruktozowy, olej sezamowy 1%, zielona herbata w proszku, lecytyna sojowa, kolendra, wanilia, anyż, cynamon.
Masa kakaowa min. 40%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 489 kcal.
BTW: 5,5/35/36

środa, 22 lipca 2015

Manufaktura Czekolady ciemna Ekwador 70% z chili Peri Peri



Stali czytelnicy mojego bloga wiedzą, że jakiś czas temu jako cel obrałam sobie odnalezienie idealnej czekolady z chili. Wprawdzie kilka niedawno próbowanych przeze mnie Zotter Handscooped (na przykład: Ribisel Chili Rock, H2O Superfood czy Namaste India) w swym bogactwie smaku uraczyły mnie między innymi wysokim poziomem pikantności - jednak nie było to do końca to, czego naprawdę szukam. Dlaczego? Marzy mi się tabliczka, która będzie idealnym odzwierciedleniem czekolady Azteków. Dla Azteków czekolada była tworem boskim i narkotycznym, a ja właśnie coś takiego pragnęłam poczuć. To miało być coś ekstremalnego. Tutaj możecie zobaczyć, jakieczekolady z chili było mi dane dotąd spróbować. Nie jest to bardzo bogata kolekcja i dotąd nie było w niej ani jednego egzemplarza, który choćby dorastał do pięt mojej wizji narkotycznej czekolady.

Idealna czekolada z chili to dla mnie przede wszystkim czekolada pełna (najchętniej bean-to-bar), o wysokiej zawartości kakao pierwszorzędnej jakości. Surowa i pierwotna w smaku oraz konsystencji, pełna dzikich nut w aromacie, orgazmicznie stymulująca kubki smakowe. Chili ma być w niej intensywne i bezkompromisowe, uderzające do głowy. Ta czekolada ma być czystym morzem endorfin! Inne przyprawy? Owszem, wanilią nie pogardzę. Resztę można pominąć. Niby to takie proste, ale jednak... Mam wrażenie, że intensywne przyprawy często stosuje się w słodyczach zachowawczo, bojąc się zbyt spektakularnego efektu. Tak stało się na przykład w Zotter Jazz & Blues, po której bardzo wiele oczekiwałam. Nie mówiąc już o Pichler Azteken (nazwa zobowiązuje!), która okazała się być bardzo łagodną czekoladką.

W mojej Magicznej Szufladzie pojawiło się ostatnio kilka czekolad z chili, które mają szansę pretendować do konkursu na idealną narkotyczną tabliczkę Basi. Pierwsza z nich pochodzi z naszego rodzimego podwórka - została stworzona przez ekipę Manufaktury Czekolady. Skład ma bardzo prosty: ziarna kakao z Ekwadoru składające się na 70% całości, cukier oraz chili Peri Peri. Jak wszystkie tabliczki z Manufaktury, jest to oczywiście wyrób bean-to-bar.



Na degustację tej tabliczki wybraliśmy sobie naprawdę ekstremalny dzień. Na dworze piekło +35 stopni Celsjusza, a nam zachciało się faszerować się chili. Szaleństwo! Cóż, to była w ogóle barrrdzo gorrrąca sobota, więc musiała nią być w każdym aspekcie - także w tym czekoladowym. Przebrnęliśmy przez degustację bez ofiar poparzenia i udaru, na szczęście.

Po wyjęciu 50-gramowego prostokąta z kartonika, a następnie wypakowaniu go z hermetycznej srebrnej powłoczki - dojrzeliśmy naprawdę piękną czekoladę. Klasycznie podzielona na nieduże kostki, po gładkiej stronie obficie posypana została kawałkami suszonego chili. Strona wizualna dostała ode mnie 10/10. Od razu wiadomo, czego można się spodziewać po takiej czekoladzie!

Aromat samej czekolady wydaje się być przede wszystkim słodki, łagodnie kwiatowy i aksamitnie kremowy, kojarzący się z truskawkowym musem. Dopiero przy mocniejszym zaciągnięciu się coś zaczyna świdrować nam w nosie... Mój Ukochany padł ofiarą porządnego sztachnięcia się - po paru solidnych niuchach nie mógł przestać kichać. Zanosiłam się śmiechem patrząc na niego. Wiedziałam, że będzie ostro!


Trudno jest trafić na kęs czystej czekolady bez posypki, ale przy napoczęciu tabliczki udało nam się dokonać tego czynu. Czekolada jest w istocie bardzo podobna smakowo do tego, co wyczuliśmy w sferze zapachu. Nie jest wybitnie kremowa, ma w sobie sporo surowości i nieco szorstkości, lecz niesie w sobie całe mnóstwo spokojnych i łagodnych smaczków. Jędrne płatki wilgotnych wiosennych kwiatów, truskawkowy mus, odrobina kawy z mlekiem. Bardzo dobra czekolada, w której można by było sporo odnaleźć - z chęcią spróbowałabym jej w wersji bez dodatków.

Z każdym kolejnym kęsem coraz mniej można było delektować się samą czekoladą. Nuty dla niej charakterystyczne zaczęły się bowiem mieszać z tym, co serwuje posypka. Wkroczenie w strefę chili następuje z ogromną mocą i z sekudny na sekundę odczuwamy coraz to mocniejszą pikantność. Wiem, że każdy ma swój poziom tolerancji smaku pikantnego - my doznaliśmy już naprawdę intensywnego pieczenia. Dla mojego Ukochanego było to aż nadto przytłaczające, ja natomast poczułam pełnię satysfakcji. Ideału dopełniał fakt, że nie była to sama tępa pikantność - pośród niej wyraźnie wyczuwalna była po prostu paprykowość, co niezwykle mi przypadło do gustu.


Paradoksalnie, spożywanie swojej porcji szło o wiele szybciej mojemu Mężczyźnie, niż mi. Tłumaczył się, że chce już to mieć za sobą ;). Ja delektowałam się każdym kęsem tego ostrego odjazdu, choć pikantność chwilami naprawdę mocno uderzała do głowy, aż miałam ochotę zapić ją mlekiem. Nie uciekłam jednak do tego, zamykałam intensywność w sobie i zapadałam się w nią. Łzy mimo wszystko nie napłynęły mi do oczu.

Na mówienie o ideale jest jeszcze za wcześnie, ale muszę stwierdzić, że pikantna propozycja od Manufaktury Czekolady jest mniej więcej tym, czego poszukiwałam. Sprostała moim wymaganiom i chętnie sięgnęłabym po nią jeszcze raz, mając ochotę na coś ekstremalnego. Ta tabliczka pobudza, nakręca, podnieca - jest niezwykle wybuchowa. Choć mój Ukochany zarzucił jej monotonię - dla mnie była bardzo ekscytująca choćby z tego powodu, że pikanteria i posmak papryki świetnie kontrastowały z słodko-dziką ekwadorską czekoladą. Naprawdę ciekawa czekolada, która na dodatek przepięknie się prezentuje. Zdradzę, że próbowana tydzień później inna tabliczka z chili nie wywarła już na mnie tak pozytywnego wrażenia. A jakie jest Wasze nastawienie do tak mocnych przypraw w czekoladzie?

Skład: ziarno kakao z Ekwadoru 70%, cukier, chili Peri Peri.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 50 g.


niedziela, 19 lipca 2015

Zotter Pink Coconut and Fish Marshmallow biała nadziewana malinowo-kokosowa z pstrągowymi piankami


W czasach, gdy ekscytowałam się jeszcze zbieractwem wszelkich limitek oraz nowości od Milki, Wedla, Wawelu i tym podobnych - Zotter był dla mnie marką niemalże z kosmosu i niewiele o nim słyszałam. Gdzieś w czeluściach Internetu trafiłam jednak kiedyś na niesamowity wynalazek - czekoladę z rybą. To był dla mnie szok i szczyt wymysłów. Otwierałam oczy ze zdumieniem, że ktoś mógł wpaść na coś tak wariackiego. O czekoladach z mięsem jeszcze wtedy nie wiedziałam, ale i tak czy siak wyobrażenie rybnych słodkości wywoływało u mnie bardzo silne dreszcze. Nawet nie marzyłam wtedy o tym, że będzie mi dane takiego dziwactwa spróbować.

Dziś, xxx tabliczek do przodu, czekolada z rybą jest dla mnie tylko kolejnym wyzwaniem i eksperymentem, do którego podchodzę z ciekawością, ale bez przerażenia. Gdy ekipa Czekolady Zotter Polska dała mi cynk, że w swoich zapasach mają Pink Coconut and Fish Marshmallow w ilości sztuk jeden - wiedziałam, że cudeńko czeka właśnie na mnie. Mając świadomość, jak genialne są Zotter Handscooped - nie zakładałam nawet, że to mogłoby mi nie smakować. Po prostu doświadczenia nauczyły mnie, że czegokolwiek nie tknie się Zotter - jest to mniej lub bardziej smaczne. A w większości przypadków - nieprzyzwoicie przepyszne. Czas więc na rybną inwazję!

A rybka nie jest byle jaka, bowiem mamy do czynienia z górskim pstrągiem. Został on umieszczony wewnątrz nadzienia białej malinowo-kokosowej czekolady w formie żelatynowych pianek. Pstrąg ogółem występuje w produkcie w niezbyt przerażającej ilości 4%. Gdy przestudiujemy skład wyrobu, w oczy rzuca się wysoka zawartość kokosa (łącznie dobre kilkanaście procent zaklęte w formie wiórków, proszku i mleka kokosowego). Mamy tu jeszcze oczywiście maliny, a także ryż, ananas, jagody, cytryny i mnóstwo surowców mlecznych. Na drugim miejscu w składzie stoi tłuszcz kakaowy, w końcu to nadal biała czekolada (i to taka z prawdziwego wrażenia: kakaowego surowca jest tutaj aż 33%). Przypraw użyto przeróżnych - od tych słodkich, aż po wytrawne. Znajdziemy tutaj szalony miks wanilii, soli, kopru, mięty, pieprzu, cynamonu, chili oraz liści laurowych.


 W sieci można znaleźć kilka recenzji Pink Coconut and Fish Marshmallow. Trudno jest mi się jednak do nich odnosić, bo czytając je można się przekonać, że skład, a także wygląd produktu zmienił się na przestrzeni lat. Zotter raczej udoskonala się, a nie uwstecznia (jak wiele popularnych producentów czekolady), więc nie miałam powodów ku temu, by nastawiać się na klęskę. Nawet pomimo tego, że dostępne w sieci recenzje były raczej niepochlebne (a czasem nawet bardzo niepochlebne).

Co zmieniło się w składzie przez te lata? Przede wszystkim, zwiększono zawartość pstrąga z naprawdę znikomej ilości 0,4% do w miarę przyzwoitych 4%. Poza tym, znacznie zmienił się wygląd samego nadzienia, a czym możecie przekonać się w tej recenzji na stronie Chocolatiers.co.uk. Pozostałe opinie znajdziecie na blogach: ChocolateMission, Lot-A-Choc, a także po polsku na Facet i Kuchnia. To naprawdę istotne - wszystkie recenzje są dość stare, pochodzą z lat 2011-2013. Istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że Pink Coconut and Fish Marshmallow była wtedy zupełnie inną czekoladą.

Przejdźmy jednak do istoty tego wpisu, czyli moich doznań związanych z Pink Coconut and Fish Marshmallow. Po pierwsze, tafla czekolady ma naprawdę niespotykaną barwę. Jest to przytłumiony, pastelowy róż, który momentalnie skojarzył mi się z... delikatnym rybim mięsem. Gdy przekroiłam tabliczkę na pół już wiedziałam, co Zotter miał na myśli tworząc ten produkt. O szczegółach przeczytacie później... No co za spryciarz z tego Zottera! 

Pierwsze wrażenie zapachowe to rozkoszna, nieprzebrana słodycz kokosa. Spod samego odczucia lepkiej słodyczy prędko identyfikujemy świeże mleko kokosowe, do którego dolano chust domowego soku z malin. Wszystko to otacza obezwładniający aromat subtelnie waniliowej dobrej białej czekolady, który nie przytłacza, ale po prostu uwodzi i upaja.


W smaku najpierw uderza nas fuzja sił białej czekolady, oraz znajdującego się tuż pod nią kremowego nadzienia. Te dwie warstwy są bardzo gładkie, a rozpuszczając się w ustach stają się wręcz maziste, pozostawiając po sobie tłusty, maślany film. W końcu wysoka zawartość dobrej jakości tłuszczu kakaowego nie mogła przejść bez echa. Na tym etapie odczuwamy ogromną mleczność, podkręcaną dodatkowo posmakiem kokosa. Urozmaicającym to wszystko smaczkiem okazuje się być świeża malina, która nadaje tej kompozycji nuty odświeżającej. Bez maliny kokosowo-białoczekoladowy duet balansował by tutaj na granicy przeciążenia tłustością, mlecznością i gęstą przytłumioną słodyczą. Malina okazała się być... maliną na torcie ;).

Pod tą inwazją gładkości natrafiamy na coś wyraźniejszego w strukturze. Oto leżą umieszczone często gęsto obok siebie - tłuściutkie i soczyste wiórki kokosowe. Podlane mlekiem kokosowym i mlekiem krowim - tworzą warstwę chrupko-miękką, bardzo specyficzną. Są preludium do tego, co znajduje się w samym centrum tabliczki.

Środek zajmuje bowiem biała galaretka, twardawo-gumowa (ale mimo wszystko nadal bez większych problemów rozpuszczająca się w ustach i nie odstająca mocno od całości) oraz naprawdę nietypowa. Jedzona solo okazuje się być przesiąknięta mocą pozostałych warstw, ale zawiera w sobie pewien trudno identyfikowalny pierwiastek, który może wydawać się odrobinę obrzydzający. To właśnie galaretka dominuje w smaku, gdy będziemy ssać kęs całego przekroju czekolady. Bez wiedzy o udziale ryby w składzie nie zidentyfikowałabym tego dziwnego posmaku jako rybny, oj nie. Jest on nieco gorzkawy, ale nie czuć tutaj ordynarną rybą. Bardziej skłaniałabym się ku temu, że nietypowy posmak jest wynikiem zastosowania szalonego miksu przypraw - choć z drugiej strony, te przyprawy same w sobie też nie są z osobna wyczuwalne. Dziwna sprawa i osobliwe doświadczenie... Sama nie wiedziałam, czy jest to bardziej smakowite, czy bardziej odrzucające?

Bardzo, ale to bardzo dużo tutaj się dzieje. Dziwaczność tej czekolady i mimo wszystko jej oryginalna smakowitość - to one sprawiają, że tabliczka okazuje się być bardzo wciągająca w konsumpcji. W tym momencie czas przejść do mojego odkrycia, poprzez które jeszcze bardziej pokochałam geniusz Zottera. Chyba nikt nigdy dotąd nie wspominał o tym recenzując tą czekoladę, ale dla mnie Pink Coconut and Fish Marshmallow już na zawsze pozostanie fenomenem zabawy smakiem, wyglądem i konwencją. O co chodzi?

Poprzez wysoką zawartość tłuszczu kakaowego i kokosa, czekolada jest tłusta niczym... ryba. Dzięki udziałowi malin i jagód, produkt nabrał różowawej barwy, takiej jak... rybie mięso. Biała czekolada i znajdująca się pod nią kremowa warstwa, rozpuszczają się w ustach podobnie jak... delikatny filet z pstrąga. Warstwa wiórków jest niczym nieco twardsze i zbite mięsne włókna, a ekscytująca galaretka sprawia wrażenie skupisk tłuszczu rybiego gdzieś w okolicach ości. Gdy dodamy jeszcze do tego niepokojący gorzkawo-przyprawowy posmak, który nie można nazwać 100% rybim - już wiemy, że Zotter stworzył prawdziwie rybną czekoladę bawiąc się z nami w ciuciubabkę!

Pink Coconut and Fish Marshmallow to rybna czekolada z prawdziwego zdarzenia. Nie smakuje ona niczym świeżo złowiony pstrąg dopiero co zdjęty z grilla - ale jest rybną frywolną kreacją pełną niedopowiedzeń, opartą na skojarzeniach i podobieństwach struktur. Zestawienia poszczególnych składników udają konsystencją i wyglądem prawdziwego pstrąga. Spójrzcie jeszcze raz na fotografię przekroju tej czekolady - przecież to wygląda jak jasne mięso pstrąga, z przebłyskami w postaci ości. Niezwykła pomysłowość, zabawa formą, wyzbycie się ograniczeń w tworzeniu czekolady. Chyba tylko Zotter potrafi to zrobić AŻ tak. To majstersztyk w upodabnianiu jednego jedzenia do drugiego, mała czekoladowa sztuka obszyta żartem.

Jest to czekolada nie tyle dla odważnych ludzi, co dla tych z otwartymi umysłami i zdolnych do czerpania przyjemności z jedzenia wszystkimi zmysłami. Czujecie się wystraszeni, czy skuszeni? :) Ja jestem urzeczona...

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, syrop glukozowo-fruktozowy, wiórki kokosowe 10%, proszek ryżowy (ryż, woda, olej słonecznikowy, sól), pstrąg 4%, pełne mleko w proszku, mleko, koncentrat ananasowy, proszek kokosowy (mleko kokosowe, maltodekstryna), mleko kokosowe 3%, odtłuszczone mleko w proszku, suszone maliny 1%, cebula, słodka serwatka w proszku, koncentrat cytrynowy, żelatyna, suszone jagody, pełen cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, wanilia, sól, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana), lecytyna słonecznikowa, koper, mięta, pieprz, cynamon, chili Bird's eye, liście laurowe.
Masa kakaowa min. 33%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 466 kcal.
BTW: 4,8/28/48

czwartek, 16 lipca 2015

Morin Cuba ciemna 70%


Zdążyliście już zatęsknić za recenzjami czekolad single-origin z francuskiej czekoladziarni Morin? ;)  Dziś chcę Wam zaprezentować tabliczkę wykonaną z ziaren kakao rodem z Kuby. Zawiera ona 70% masy kakaowej. Ta budząca mnóstwo kontrowersji odległa wyspa nie należy do czołówki producentów kakao i nieczęsto można spotkać czekolady wykonane z kubańskiego surowca. Tym bardziej była ona dla mnie cenną zdobyczą. Szperając w sieci odnalazłam kubańskie tabliczki produkowane przez Chocolat Bonnat oraz Willie's Cocoa. A nawet Lindt miał kiedyś w swojej ofercie Excellence Cuba!

Morin Cuba 70% nabyłam jeszcze w styczniu, na zakończenie degustacji w poznańskiej Pintej Klepce. Pamiętam, że wybierając kilka tabliczek do zakupu tego wieczoru, kubańską postawiłam na pierwszym miejscu. Oznacza to, iż urzekła mnie czymś w wyjątkowy sposób. Ba! Podczas trwania degustacji w tym lokalu, gdy przyszedł czas na Kubę - rozpuszczając pierwszy kawałek w ustach wydałam z siebie przeciągłe: "O ja pi*rdooolę!". Hmm, jesteście pewni, że chcecie dalej czytać tą recenzję? ;) Przygotujcie się na coś mocnego i bardzo nietypowego!


Cuba 70% w porównaniu do pozostałych czekolad Morin już po przełamaniu wydaje się być bardziej gruba i masywna (choć wymiarami i gramaturą poszczególne tabliczki tej marki się nie różnią), a przy tym wyjątkowo twarda. Wpatrując się jednak w jej wnętrze, sprawia ono wrażenie aksamitności.

W zapachu najpierw uderza nas octowa kwaśność, a zaraz potem otwiera się przed nami prawdziwe bogactwo wilgotnych aromatów - na przemian świeżych i nieco dusznych (świeżość jednak dominuje). Na myśl przychodzi tropikalny równikowy las, a następnie odświeżająca morska bryza. Ta czekolada pachnie wodą, cokolwiek by to nie znaczyło.

Pierwszy kęs jest... trudny. Czekolada rzeczywiście jest bardzo twarda, ale przy tym specyficznie chrupka. Aż ciężko ją ugryźć! Gdy jednak w końcu ją rozgryziemy, dostarcza nam przyjemnego odczucia świeżości, a przy tym mocnej i ciężkiej słodyczy. Bardzo opornie rozpuszcza się w ustach. W konsystencji najpierw jest sucha i papierowa, a następnie granulkowata i sypka w gęsty sposób.

Ta specyficzna ciężka słodycz łącząca się w paradoksalną spójność z kwaśnym posmakiem octu, w połączeniu z dziwną sucho-mokrą gęstością - przywodzi na myśl gęsty sos na bazie octu balsamicznego. To właśnie wyraźne skojarzenie z octem balsamicznym wyrwało przekleństwo z moich ust podczas degustacji w Pintej Klepce. Uwielbiam ocet balsamiczny, więc taka nuta smakowa jak najbardziej mi odpowiadała.

Po popracowaniu nad rozpuszczaniem się tej czekolady w ustach, nie sprawia już wrażenia suchej (mimo słodyczy oraz odświeżenia) i kwaśno-ściągającej - bardzo, ale to bardzo zalepia. To zalepianie jest gęste i maziste. Mazistość ta szczególnie wyraźnie uwydatnia się na finiszu, będąc oryginalnym zastępstwem dla cierpkiego ściągania. Jest ona niczym smoła z podkładów kolejowych, o, właśnie tak!

Poza tym, ta czekolada ma w sobie również coś z gumowatości, co podczas degustacji w Pintej Klepce zostało przyrównane do starych trampek. Wiem, że to źle brzmi, ale do jasnej ciasnej - jest trafne! Jakże wiele struktur łączy się w tej tabliczce w jedno! Doznania związane z konsystencją Cuba 70% są doprawdy niezwykle ciekawe. 

Powracając z meandrów konsystencji do doznań typowo smakowych - muszę przyznać, że jest to czekolada naprawdę "mało czekoladowa". Brak tu bowiem typowych dla kakao nut takich jak np. kawowa goryczka. Ogółem goryczy jest w niej niewiele - dominuje odmienna niż zwykle słodycz, a następnie kwaśność. Czymże jest ta słodycz, że tak dobrze komponuje się w octem, a przy tym nadaje odczucia świeżości? Tak jak w aromacie - jest ona wodnista. Kojarzy się z powietrzem po burzy, ze świdrującym w nosie ozonem. Jest też trochę jak stewia i mięta (ale nie sam miętowy smak, lecz po prostu rześkość, jaką ze sobą niesie).

W całym swoim bogactwie Cuba 70% jest czekoladą bardzo masywną i sycącą - jest potężna. Ma w sobie coś groźnego, tym bardziej... że mimo tych wszystkich dziwacznych cech jest tak naprawdę przystępna w smaku. Nie ma w sobie niczego, co mogłoby bezapelacyjnie odrzucać. Dlatego też, podchodząc do degustacji tej tabliczki po raz drugi, w domu - już nie klęłam. Pokornie przyjmowałam wszystko to, co proponowało mi kubańskie kakao. Kontrowersyjne kakao.

PS Zapomniałam dodać opisu tej czekolady stworzonej przez organizatora styczniowej poznańskiej degustacji w Pintej Klepce: "Czekolada z mocną, niezrównoważoną kwaskowatością, na początku aromat gotowanego bobu (!), trochę przypalonego kakao, w finiszu mocno goryczkowa, ściągająca".

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 100 g.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Zotter Raspberry Juice + Lemon biała z nadzieniem malinowym i cytrynowym


Degustacja tej czekolady, to opowieść o tym, jak w upalny poranek pomiędzy jednym a drugim wyjazdem służbowym - można znaleźć czas na relaks i totalne oczyszczenie umysłu. Sex, Coffee & Chocolate. Prosta recepta na doładowanie akumulatorów (prosta, nie szybka - pośpiech w tych trzech jakże ważnych aspektach życia jest absolutnie niewskazany). 

Raspberry Juice + Lemon to jedna z wiosenno-letnich propozycji Zottera spod szyldu Spring Specials. Nowa oferta tej firmy inspirowana najcieplejszymi porami roku jest niezwykle barwna, bogata przede wszystkim w czekolady Handscooped. Tutaj możecie zapoznać się z tymi słonecznymi cudeńkami. Nie byłabym sobą, gdybym nie chciała mieć większości z nich w swej Magicznej Szufladzie. Ubolewam, że nie udało mi się dorwać wersji ze szparagami. To by musiało być coś!

 Nie ma jednak na co specjalnie narzekać, przecież nabyłam wiele innych smakowitości. Wszystkie zapowiadają się cudownie. Najpierw sięgnęliśmy po białą czekoladę, wypełnioną nadzieniem malinowym i cytrynowym. Brzmi bosko? Pewnie, zwłaszcza, gdy już wiecie, z czym wiążą się zotterowskie Handscooped.



Wprawdzie mój telefon odmawiał posłuszeństwa i z podekscytowania tą czekoladą nie mógł złapać ostrości - ale chyba i tak fotografie oddają jej smakowitość, nieprawdaż? Dość gruba jak na Handscooped warstwa pięknie kremowej białej czekolady, kryje pod sobą przebijające na zewnątrz soczyste i obfite malinowe nadzienie o naturalnej barwie. Pomiędzy czekoladą a malinowym sorbetem znajduje się cienka, aczkolwiek kusząco aromatyczna jasnocytrynowa warstewka.  

Jak zapewne się spodziewacie, tabliczka pachniała obłędnie. Właściwie, to można było zidentyfikować woń bardzo dobrych jakościowo, naturalnych lodów. Mocno waniliowa i świeżo-mleczna biała czekolada, spod której czuć genialną soczystość malin i cytryn. Petarda!



Degustację rozpoczęłam od odkrojenia sporej warstwy białej czekolady. Przepadłam. To jest właśnie to, co nazywam idealną białą czekoladą! Była niezwykle delikatna, nieprzesłodzona, błogo rozpuszczająca się w ustach. Nie miała w sobie ani krzty mdłości, a prym wiodła tutaj aksamitna maślaność i uwielbiana przeze mnie wyrazista, przyprawowa wanilia. Łagodnie, lecz z charakterkiem. Niebo w gębie dla fanów białej czekolady, a także dla sympatyków prawdziwej wanilii.

Dominujące wewnątrz malinowe nadzienie to również coś idealnego w swej kategorii. Jest niczym gęsty mus domowej roboty, ze świeżych i dopiero co zmrożonych owoców. To jest niczym naturalny sorbet o niezwykłej soczystości. Zawiera w sobie wszystko to, co najlepszego mają w sobie maliny. Obezwładniający aromat, gorąc słońca. Już nie raz miałam do czynienia z malinami w czekoladach Zottera (jak chociażby tutaj i tutaj) - zawsze wypadały one fenomenalnie. 

O wiele cieńsza od malinowej warstwa cytrynowa również budzi skojarzenia z bardzo naturalnym sorbetem. Wyraziście kwaskowata, nie do pomylenia z innym owocem, bez śladu sztucznych posmaków. Cytrynowy mus wpaja się płynnie w malinę, tworząc idealnie orzeźwiający duet. Dodatkowo, na spodzie czekolady wyczuwalna jest wyraźna cynamonowa nuta, która okazuje się być ciekawym urozmaiceniem tej feerii soczystych smaków. Poza tym, szczypta cynamonu nadaje jeszcze większego uroku tej mocno waniliowej, maślanej białej czekoladzie.

Zotter Raspberry Juice + Lemon to tabliczka idealna na lato. Mało kaloryczna, a przy tym dostarczająca dawki przerozkosznej słodyczy i energicznego orzeźwienia. Ma jednak jedną wielką wadę. Jest jej za mało! Wraz z Ukochanym zgodnie stwierdziliśmy, że z radością przyjęlibyśmy ten smak w 300 gramowej tabliczce, jak duże Milki. Ta czekolada jest tak lekka i tak pyszna, że można by było ją jeść w ogromnych ilościach. Szczególnie w upalne, letnie dni. Cudo!

Skład: tłuszcz kakaowy, surowy cukier trzcinowy, pełne mleko w proszku, syrop glukozowo-fruktozowy, maliny 7%, mleko, słodka serwatka w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, koncentrat cytrynowy 3%, suszone maliny 2%, proszek malinowy 2%, pełen cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, wanilia, sól, suszone jagody, proszek cytrynowy (cytryny, skrobia kukurydziana), cynamon.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 469 kcal.
BTW: 5,3/32/39 

piątek, 10 lipca 2015

Manufaktura Czekolady mleczna Ekwador 60% z wanilią


Już parę miesięcy temu, przypadkiem przebywając na znienawidzonym przeze mnie nowym Dworcu Głównym w Poznaniu - zahaczyłam o znajdujący się w przyległej galerii handlowej Skład Kawy. Wiedziałam, że znajduje się tam asortyment czekolad z Manufaktury Czekolady i chciałam kupić parę sztuk. W moje ręce wpadło trio tabliczek z ekwadorskiego kakao, o różnej zawartości masy kakaowej, każda z innym dodatkiem.

Odwiedzając niedawno ponownie Skład Kawy ze smutkiem zauważyłam, że Manufaktura już stamtąd zniknęła. Zamiast tego mamy jakąś inną polską markę na M. (zapomniałam nazwy...), bazującą na belgijskiej czekoladzie. Pani ekspedientka bardzo, ale to bardzo mnie do tych czekolad przekonywała, że ręcznie robione, że piękne dodatki, ale... ja wiedziałam, iż czekoladom bean-to-bar taki kolejny prezentowy wynalazek nie będzie dorastać do pięt. Przejdźmy jednak do opisu wyjątkowej mlecznej tabliczki, jaką wcześniej udało mi się tam kupić.


To było upalne czerwcowe popołudnie. Wróciłam w ramiona mojego Ukochanego z genialnego służbowego wyjazdu. Snując opowieści na temat tej delegacji, zaparzyłam kawę i marzyłam o jakiejś odświeżającej, a przy tym jak najmniejszej gramaturowo czekoladzie. 50-gramowa tabliczka z Manufaktury zdawała się być idealną zwłaszcza, że posiadała bezpieczną 60% zawartość masy kakaowej. Dodatek mleka i wanilii miał nas wprowadzić do krainy delikatności. To miała być chwilka słodkiej przyjemności i zapomnienia. Muszę przyznać, że ta czekolada zaskoczyła nas o wiele większą złożonością. 

Powyżej możecie zobaczyć szczelnie zgrzane opakowanie, w jakim znajdowała się tabliczka. To bardzo dobry pomysł na zachowanie aromatów i struktury wyrobu, ale po zabraniu go ze sobą w podróż można nabawić się problemów z dostaniem się do środka. Osobiście, musiałam sięgnąć po nożyczki. 

 Seria niespodzianek ciągnąć się będzie przez całą degustacje tej tabliczki. Po pierwsze łamała się ona z naprawdę głośnym trzaskiem, a przy zrzucaniu podzielonych kostek jedna na drugą z małej wysokości - upadała jak domino, tępo-głucho grając. Niemal identyczne doznanie słuchowe, jakie spotkało nas przy Morin Panama 70%. Z wierzchu czekolada sprawia wrażenie plastikowej - i chociaż jest lekka, nadaje jej to specyficznej siermiężności. Jej zapach jest doprawdy śliczny - przede wszystkim głęboko kawowy z nutą kwiecistości. Mleko? Hmm, nie bardzo. Jeszcze nie teraz.


Podzielenie tabliczki na części ujawnia nam jej wnętrze - i tutaj znów zostajemy zaskoczeni. Struktura tej czekolady wizualnie jest porowata, proszkowa, szorstka. Nie ma tu ani krzty zapowiedzi mlecznej gładkości. Pierwsze wrażenia smakowe są zbieżne z cechami wyglądu - czujemy szorstkie ziarnka piasku lub tynk zanurzone w czekoladzie. Coś podobnego pojawiło się również w mlecznej Menakao 44%

Następnie wyraźnie pojawia się kwaskowatość. O ile we wspomnianej Menakao również następowała zaraz po szorstkim odczuciu, to charakter kwaśności w tych dwóch czekoladach jest zupełnie odmienny. W Menakao były to cytrusy, natomiast w Manufakturze mamy schłodzone, mleczne napoje fermentowane. Jogurt, maślanka, kefir - o tak, szczególnie gęsty kefir! Taki z grudkami. Orzeźwiający i sycący zarazem. Z maleńką szczyptą kwiatowo-pleśniowej duszności.

 Pomimo upału czekolada nie była ani trochę mazista i miękka - pozostawała zwarta nawet w ustach. Nad każdym kęsem trzeba dość mocno popracować językiem, aby rozpuszczał się z buzi. Nie pozostawia po sobie zalepiającego błotka, a piaskowo-kefirowe orzeźwienie. Typowa, znana nam mleczność, a także przyprawowość wanilii schodzą na dalszy plan - po pierwszych kęsach nie odgadłabym, że w składzie znajduje się mleko. Nieraz spotkałam się już w tym, iż czekolady smakowały bardziej mlecznie, nie mając w sobie ani odrobiny mleka (jak chociażby Morin Sao Tome Uba Budo 63%).

W zasadzie to spodziewałam się większej mleczności, gładkości i ostrawej, wyrazistej wanilii. To nie znaczy jednak, że zawiodłam się na tej czekoladzie. Po Nikaragui 50% i Ekwadorze 50% od Zottera moje spojrzenie na mleczną czekoladę z wyższą zawartością kakao już nigdy nie będzie takie samo. Tabliczka od Manufaktury była od nich zupełnie odmienna. Przypuszczałabym nawet, że ma w sobie nieco więcej kakao, niż te 60%.


To jeszcze nie koniec moich wrażeń związanych z tą czekoladą. Po szorstkości i kwaśności kefiru nie mamy przecież pustki! Dalej pojawia się odczucie czegoś podprażonego czy smażonego - na przykład orzechów ziemnych. Z czasem kwaskowatość staje się coraz mniejsza, oddając miejsce tej słodkiej mleczności z odrobiną wanilii. Trzeba jednak na nie poczekać, aż wybiją się ponad kakaowe, kwaskowo-kwiatowe nuty.

Przy ciamkaniu kęsa w dalszej części degustacji pojawiają się pewna soczystość, jak ze zmoczonych płatków kwiatów. W pobocznym posmaku pojawia się przez moment odrobina goździków. Finisz jest delikatny, lekko ściągający, z baaaardzo intensywnym posmakiem kawy zbożowej. Posmak ten pozostaje w ustach na długo po degustacji i to koniec końców właśnie z nim będzie mi się kojarzyć ta czekolada.

Ekwador 60% mleko + wanilia to czekolada, którą zapamiętam przede wszystkim ze względu na dość nietypową strukturę. Nie jest to tabliczka bardzo bogata, aczkolwiek wyraźnie ewoluuje podczas degustacji, dostarczając ciekawych wrażeń. Na pewno jest to kolejny produkt, którego nie należy bać się latem - nie zalepia, odświeża, nie przytłacza. A fani kefiru oraz kawy zbożowej już w ogóle powinni być zadowoleni ;).

Kolejne cacuszka z Manufaktury Czekolady pojawią się u mnie już wkrótce (jedno z nich jeszcze w tym miesiącu).

Skład: ziarna kakao z Ekwadoru 60%, cukier, mleko w proszku, laski wanilii.
Masa kakaowa min. 60%.
Masa netto: 50 g.

wtorek, 7 lipca 2015

Zotter Belize Toledo 82% ciemna


Dziś pragnę Wam zaprezentować drugą tabliczkę 82% kakao z zotterowskiego duetu Labooko Contest. Oto przed Wami Belize Toledo - czekolada będąca esencją cywilizacji Majów. Gdzieś na półwyspie Jukatan, w głębi dżungli, po dziś dzień żyją ludzie kultywujący ich tradycję. Z pokolenia na pokolenie, dzieląc się wiedzą na temat kakao - potrafią zająć się kakaowcami i ich ziarnem pośród belizyjskiej dziczy. 

Josef Zotter pragnąc stworzyć idealną belizyjską czekoladę, zabrał ze sobą swoją rodzinę by spędzić dwa tygodnie wśród farmerów z Belize. Oddychał tym samym powietrzem, w którym dorastały kakaowce. Namacalnie doświadczył tradycji i jej pierwotności. Zresztą, krótką zajawkę na ten temat możecie obejrzeć tutaj. Kakao użyte do stworzenia Belize Toledo 82% zostało wyhodowane przez farmerów ze stowarzyszenia Toledo Cacao Growers. Oto strona internetowa tego związku, a tu możecie prześledzić ich konto na facebooku. Czas konszowania tej czekolady wynosił 21 godzin.



Do degustacji Belize Toledo 82% zasiedliśmy chwilę po skonsumowaniu kolegi z duetu Labooko Contest, czyli Peru Criollo Cuvee 82%. Jak ja kocham taką możliwość porównań, grę kontrastów, wyłapywanie niuansów! W ten piękny słoneczny poranek w Zawoi, po rześkiej owocowości czekolady z Peru byliśmy niezwykle żądni kolejnych smakowych wrażeń.

Zapach belizyjskiej czekolady wydał się nam być jeszcze delikatniejszy, niż peruwiańskiej. Z łatwością odnaleźliśmy i tutaj wiele wakacyjnych nut, ale zupełnie innych, niż w poprzedniczce. Belize Toledo pachniała słońcem. Jaki to był zapach? To dopiero co zebrane z łąki słodkie siano, rozgrzana słońcem polana pełna ziół, miękki gorący piasek pod stopami. Poezja.


Po włożeniu kawałka czekolady do ust, oblepia on gęstym filmem całe podniebienie. Przypomina kleistą maź, niczym plastyczna smoła i kremowy budyń. Słodycz dotyka kubków smakowych jako pierwsza. Tak jak w zapachu, i w smaku kojarzy się ona z sianem z młodych traw. Dalej otworzą się przed nami kolejne rodzaje słodyczy, lecz powrócę do nich za chwilę...

Po pierwszej fali słodyczy przychodzi pora na kwaśność. Jest ona znacznie przytłumiona słodyczą, mocno ziołowa - kontynuująca skojarzenia z sianem. Przez ową sianowatość od razu na myśl przyszła mi Morin Bolivie Sauvage 70%, jednak Zotter był od niej zdecydowanie bardziej wilgotny. Być może była to także kwaskowatość mokrej gleby, ale prym w kwestii kwasu wiodły tu niedojrzałe truskawki, maliny i jagody.


Podczas dalszego degustowania wyraźna kwaskowatość niedojrzałych leśnych owoców zaczęła ścigać się z słodyczą mocno palonego karmelu. Owa słodko-kwaśność podczas trwania bitwy kojarzyła mi się z mocno przypieczoną skórką jabłka. Koniec końców, to słodycz wygrała batalię - ale prędko pożeniła się z goryczką. Goryczką tylko taką, jaka posiada wyżej wspomniany palony karmel bądź palony czekoladowy słód. O tak, ta gra smaków była niczym deser na bazie ciemnego, smolistego i waniliowego piwa o wysokim ekstrakcie - wymieszanym z gęstą śmietanką. Dodając do tego wszystkiego lekkie odczucie gumowatości - i Zotter Belize Toledo 82% jawi się nam jako bardzo złożona, aczkolwiek przystępna i przesmaczna czekolada.

Ja jak zwykle nie potrafię wybrać, która z czekolad przypadła mi do gustu bardziej. Mój Mężczyzna stawia na Belize Toledo, gdyż niezwykle ujęły go jej budyniowość i słodka gorycz palonych słodów. Dla mnie te tabliczki były po prostu zupełnie inne, obie niezwykle smakowite - kryjące w sobie wiele słońca, dzikości i wolności. Obie godne polecenia i naprawdę mało ekstremalne jak na 82% zawartości kakao. Tu wysoka zawartość kakao równa się wyeksponowaniu jego bogactwa, najmocniej jak się da.

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sól.
Masa kakaowa min. 82%.
Masa netto: 35 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 606 kcal.
BTW: 12/49/25

sobota, 4 lipca 2015

Zotter Peru Criollo Cuvee 82% ciemna



Nadszedł już lipiec, a ja nadal katuję opisy czekolad zabranych ze sobą w góry na długi weekend z okazji Bożego Ciała. Zawsze po wypadach w góry przybywa mi zapasu tabliczek do zrecenzowania, przez co wspomnienia ze szlaków dłużej pozostają żywe. Naszą nową tradycją w polskich górach jest wybieranie do degustacji na dzień powrotu do domu czekolady, która jest pewniakiem doskonałych doznań. Cacuszka, które choć w małym stopniu ukoją ból rozstania z górami. W końcu po takiej degustacji trzeba zapakować plecaki do bagażnika i ruszyć w melancholijną podróż na niziny. Duet 82% czekolad od Zottera miał być dla nas w Zawoi wymuszonym kopem endorfin, od których przecież uzależniliśmy się, zażywając co dzień długich wędrówek.

Dziś prezentowany zestaw Labooko Contest to prawdziwa czekoladowa legenda, pierwotność. Ma on odwoływać się do kakaowej tradycji ludów, które to cenne ziarno słusznie traktowały jako największy skarb i dziedzictwo. Celem 82-procentowej zawartości kakao jest zintensyfikowanie i wyłuszczenie wszystkich jego charakterystycznych cech (zalet! ;)). W przypadku Peru Criollo Cuvee odwołujemy się do cywilizacji Inków.


Cuvee czyli kupaż lub też blend, oznacza specjalnie dobraną mieszankę nie tylko szczepów winorośli w winach, ale także odmian kakao w czekoladzie! Peru Criollo Cuvee to magiczny miks ziaren wyhodowanych przez farmerów w Approcap (możecie nawet zajrzeć na ich stronę na facebooku). Miks ten nazywany jest przez lokalsów The Noble One i zawiera w sobie 40% szlachetnych ziaren Porcelana. Ziarna kakao użyte do wyprodukowania Peru Criollo Cuvee były prażone w bardzo niskiej temperaturze, a konszowanie czekolady trwało 20 godzin.

Ta czekolada występuję również w wersji solo, ja jednak zakupiłam ją w duecie z Belize Toledo. Niestety znalazłam tylko zdjęcie pojedynczego opakowania Peru Criollo Cuvee, w którym zawartość masy kakaowej wynosiła 80, a nie 82% - mam nadzieję, że nie wprowadzi to Was w błąd.

W dniu publikacji tej notki w całej Polsce panuje niemiłosierny upał. Wtedy, gdy degustowaliśmy tą tabliczkę również było ciepło i mogłoby się zdawać, że czekolada o tak wysokiej zawartości kakao będzie na skwar zbyt ciężka. Nic bardziej mylnego! Zdradzę, że Peru Criollo Cuvee to jeden z najlepszych wyborów na upał jeśli chodzi o pełne tabliczki bez dodatków. Serio, serio!

Zapach tej czekolady okazał się być pełen delikatnych nut. Sugerował wybitną gładkość tabliczki, jej lekkość i frywolność wręcz. Mnóstwo tu było owocowości z naciskiem na cytrusy. Ślinka zaczęła cieknąć momentalnie. Zapowiadało się przesmacznie.

Istotnie, Peru Criollo Cuvee charakteryzuje się bardzo specyficzną gładkością, niczym w zblendowanym soku z mieszanki owoców. Aksamitnie rozpuszczając się w ustach rozpościera przed nami całą owocową paletę. Oj tak, słowo "owoc" będzie w tej recenzji odmieniane przez wszystkie przypadki! Nie wiem bowiem, czy miałam dotąd okazję próbować aż tak owocowej ciemnej czekolady, różnorodnie owocowej. Odczucie chłodu narastające podczas ciamkania kęsa dodatkowo przekonywało mnie do tezy, że jest to czekolada idealna na letnią degustację.


Przybliżę Wam teraz złożoną owocowość tej czekolady. Po pierwsze, mamy tutaj całe mnóstwo cytrusów z silną sugestią grejpfruta. Ów grejpfrut pojawia się ze szczególną mocą głównie na finiszu. Sprawia on, że w tej czekoladzie nie ma ani krzty suchego ściągania i typowo kakaowej cierpkości czy goryczki. Ściąganie było tylko takie, jakie odczuć możemy podczas jedzenia owoców cytrusowych czy lekko kwaskowatych jabłek.

O właśnie, jabłko! Mocno kwaskowate, ale przy tym soczyste jabłko. Takie, że sok ścieka nam po brodzie. Na dodatek, jest to jabłko świeżo umyte strumieniem zimnej wody, spożywane razem z tą intensywnie zwilżoną skórką. Poza tym, Peru Criollo Cuvee miała w sobie pewien magiczny element przypominający mi o boskiej Domori IL100% Criollo. Ów element pozwala się doszukiwać w naszej inkaskiej czekoladzie nut charakterystycznych dla czerwonych owoców. Cóż za ogromna rześkość!

Niech nikt nie próbuje przerazić się 82-procentową zawartością kakao! Peru Criollo Cuvee to kakao bogate, delikatne, odświeżające, dzikie! Sądzę, że ta czekolada jest w stanie urzec wiele osób - tylko trzeba dać jej na to szansę. Potrafi zastąpić górę owocowych sorbetów - dostarczając wprawdzie sporo kalorii, ale również mnóstwo cennych składników pokarmowych. Leżąc sobie w rozgrzanym słońcem ogrodzie z chęcią powróciłabym do tej magicznej owocowo-nieowocowej czekolady.

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sól.
Masa kakaowa min. 82%.
Masa netto: 35 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 600 kcal.
BTW: 12/48/28