środa, 29 kwietnia 2015

Zotter H2O Superfood ciemna surowa z sokiem aroniowym, imbirem, acai, kardamonem, moringą, macą, zieloną herbatą, chlorellą, chili i lakownicą żółtawą


Dzisiaj przed Wami totalnie zakręcony wynalazek od Zottera! Pewnie większość z Was złapała się za głowę czytając tytuł dzisiejszej notki. Wcale się Wam nie dziwię! H2O Superfood to czekolada robiona zapewne nieco pod obecną modę na superzdrowe i lecznicze produkty spożywcze. Niewielki procent poszczególnych dodatków w składzie może wzbudzać śmiech i politowanie zwłaszcza, że wszystkie te dobrodziejstwa natury prześciga zawartość syropu glukozowo-fruktozowego (na temat jego udziału w wyrobach Zotter Handscooped toczyła się już dyskusja u Posypanej Cukrem - gwoli wyjaśnienia, służy on w nich przede wszystkim jako naturalne lepiszcze). Dla mnie ta czekolada była jedną wielką ciekawostką, a dwa szczególnie istotne czynniki ostatecznie przekonały mnie do tego zakupu. Po pierwsze - istotny udział imbiru i kardamonu, które uwielbiam. Po drugie - wyjątkowe wykonanie czekolady otaczającej nadzienie.

Inspiracją do stworzenia tej ciemnej czekolady o 75% zawartości kakao była dawna receptura Majów, oparta na rozrabianiu kakao z wodą. Nie jestem w stanie dokładnie przytoczyć, na czym polega proces produkcji takiej czekolady, ale ma on do minimum zredukować przerób technologiczny. Czekolada ma być jak najbardziej purystyczna, surowa i pierwotna, dlatego została stworzona w fuzji z wodą. O efektach smakowych takiego eksperymentu przeczytacie później.


W nadzieniu, które jest jednolite kolorystycznie i zlewa się barwą z samą czekoladą - znajduje się cała moc wymyślnych dodatków. Mamy cukier z kwiatów kokosowych cechujący się bardzo niskim indeksem glikemicznym, bogactwem witamin, minerałów i enzymów. Sok aroniowy i jagody acai w proszku to inwazja antyoksydantów, a imbir, kardamon i chili podkręcają metabolizm (tak w skrócie, w końcu wszystkie te surowce cechują się wieloma innymi dobroczynnymi właściwościami). Tak samo jest w przypadku zielonej herbaty - pomocnej dla niemalże każdego narządu z osobna.

Maca, moringa, chlorella i lakownica to składniki znajdujące się w tej czekoladzie w naprawdę niewielkich ilościach, ale ich właściwości są na tyle ciekawe, że warto na chwilę się przy nich zatrzymać (zwłaszcza, że nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z tymi surowcami). Spożywanie korzenia maca wzmacnia organizm i dodaje energii, a korzenie moringi mają działanie przeciwzapalne i antybiotyczne. Chlorella to detoksykująca alga o niezwykle wartościowym białku, zaś lakownica żółtawa jest leczniczym grzybem znanym również pod nazwą reishi. Reishi ma leczyć alergie i bezsenność, wspomagać wątrobę i krążenie, mieć działanie przeciwnowotworowe i przeciwbólowe.

Nie dość, że sama czekolada została wykonana w bardzo prosty i naturalny sposób, mający na celu zachowanie wszystkich najbardziej wartościowych cech kakao - to jeszcze wewnątrz znajduje się taka mnogość skarbów! Złośliwi przyczepią się do cukru i syropu, ale ja od siebie dodam, że to nadal ma być czekolada z nadzieniem, a nie lekarstwo z apteki. Zotter H2O Superfood ma przede wszystkim smakować i zgodzę się, że dla niektórych może być przekombinowanym przerostem formy nad treścią. Powtórzę się - dla mnie to zachęcająca do spróbowania ciekawostka, w której najwyższą wartością pozostaje SMAK. A że przy okazji wprowadzę do swojego organizmu nieco substancji aktywnych biologicznie - tym lepiej. Energię z cukru i tak szybko spalę.


Zapach H2O Superfoods jest bardzo wyrazisty, bogaty i wręcz obezwładniający. Czujemy ekstremalnie kakaowy piernik, mało słodki, sowicie przyprawiony korzeniami. O tak, imbir i kardamon mocno uderzają po nosie! W tle pojawia się lekko kwaskowata nuta, jakby ów niemalże wytrawny piernik przełożony został niskosłodzoną konfiturą z aronii.

Najpierw zajmę się opisem owej surowej, opartej na wodzie 75-procentowej czekolady. Jej płaty łatwo odchodzą od nadzienia po podważeniu nożykiem. Smak nieco przesiąkł od spodu przyprawami korzennymi, co w zasadzie dodatkowo nadaje czekoladzie egzotycznego akcentu. Sprawia wrażenie lekko proszkowej, nieco mlecznej (przypuszczam, że może być to kwestia cukru z kwiatów kokosowych), gorzkawej - i właśnie takiej pierwotnej. Mimo surowości jej smaku trudno byłoby określić, że zawiera aż 75% kakao. Charakteryzowało ją nietypowe połączenie słodyczy z goryczą, mimo wszystko dość łagodne - z kwaskowato-pikantnym akcentem przenikającego wszystko kardamonu.

Nadzienie ma rzeczywiście piernikową konsystencję, taką wilgotnawą i odrobinę piaskową zarazem. Jest naprawdę zaskakująco pikantne, pozostawiające na języku uczucie pieczenia, drapiące w gardle. Hardkorowy piernik! Jest to głównie zasługa imbiru i kardamonu, choć chili mocno dodaje do pieca - nareszcie znalazłam czekoladę, która odpowiada mojej chcicy na pikantność! Słodycz przebija się delikatnie, czuć tutaj przede wszystkim surowość. Odrobina jakby herbacianego ściągania i troszkę aroniowej kwaskowatości i cierpkości. Bardzo wytrawnie, smacznie i oryginalnie.

Jedząc tą czekoladę w ciemno na pewno od razu scharakteryzowalibyśmy ją jako bardzo naturalną i zdrową. Zbalansowana słodycz przesłonięta przede wszystkim intensywną pikantnością, budzi ewidentne skojarzenia z piernikiem w wersji dietetycznej, czy też raczej w wersji extreme raw. O ile dopiero co opisywana Yummy! była najłagodniejszą tabliczką Handscooped z dotąd przeze mnie próbowanych, tak H2O Superfood jest tą najbardziej wytrawną i surową. Solidny kakaowy kop energetyczny, dodatkowo bardzo rozgrzewający. Z chęcią powtórzyłabym to doświadczenie, ale zdaję sobie sprawę z faktu, że nie jest to produkt dla każdego.

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, syrop fruktozowo-glukozowy, tłuszcz kakaowy, cukier z kwiatów kokosowych, sok aroniowy 4%, imbir, jagody acai w proszku 0,3%, kardamon, sól, korzeń maca w proszku 0,1%, moringa w proszku 0,1%, zielona herbata w proszku 0,02%, chlorella w proszku 0,02%, chili bird's eye, lakownica żółtawa w proszku 0,01%.
Masa kakaowa min. 75%.
Masa netto: 70 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 496 kcal.
BTW: 7,3/37/31

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Morin Sao Tome Uba Budo ciemna 63%


Wyspy Świętego Tomasza i Książęca - niewielkie afrykańskie państwo, górzyste, tropikalne, o wulkanicznych ziemiach. Naturalnie, że w takim miejscu kakaowce będą czuć się wspaniale. Czekolada z Sao Tome stworzona przez Morin jest o tyle wyjątkowa, że dokładnie wiemy, z jakiego rejonu tego kraju wywodzą się użyte do jej wykonania ziarna kakaowca. Szukając informacji w internecie na temat Uba Budo dowiedziałam się, że chodzi tutaj o pojedynczą plantację kakao Forastero, położoną w rejonie Agua Grande. Tym lepiej. Gdy trafia w moje ręce esencja pewnej niewielkiej przestrzeni położonej tak daleko od mojej ojczyzny - wręcz namacalnie dostrzegam żmudną pracę czyichś rąk. To wyjątkowe uczucie mieć coś tak egzotycznego i bliskiego zarazem. Czekolady z ziaren Uba Budo w swojej ofercie ma także Coppeneur.

Morin Sao Tome Uba Budo była ostatnią czekoladą w kolejce do degustacji podczas styczniowego spotkania z Pintej Klepce. Na pewno nie została ona umieszczona na końcu przypadkowo. Przypadkiem nie jest również fakt, że to na zakup właśnie tej tabliczki było najwięcej chętnych. Ludzie wprost się na nią rzucili, wielu okrzyknęło ją najsmaczniejszą spośród wszystkich czekolad degustowanych tego dnia. Wprawdzie ja zakupiłam ją później, bowiem to inne tabliczki bardziej mnie urzekły - ale muszę przyznać, że nie brakuje tej czekoladzie oryginalności.


Czekolada nie poraża zawartością masy kakaowej - mamy tutaj 63%, co powinno być już pierwszą zachęcającą cechą dla osób nastawionych sceptycznie do ciemnych czekolad. Jej barwa jest względnie jasna i dość czysta, czego niestety do końca nie widać na zdjęciu poniżej (dziwne światło i niemoc w złapaniu ostrości...).

Tabliczka pachnie łagodnie i przyjaźnie. Nie ma tu żadnych ostrych nut. Co dalej? Oj, dalej w aromacie dzieje się sporo, ale nie chcę zdradzać tego teraz... Najlepiej będzie, gdy od razu przejdę do kwestii smaku. Smaku, który jest bardzo spójny z aromatem i... niezwykle zaskakujący.


Jestem w 100% pewna, że biorąc do ust pierwszy kęs tej czekolady prędko sprawdzicie jej skład, z niedowierzaniem przekonując się, że jak byk stoją w nim jedynie kakao i cukier. Pierwszym wrażeniem smakowym jest bowiem nugat z orzechów laskowych. To skojarzenie jest tak silne, że od razu stają mi przed oczami wszystkie dobre nugatowe tabliczki, które jadłam. Orzechowość tej czekolady jest w kulminacyjnym momencie tak silna, że aż kręci się od niej w głowie!

Zaraz po orzechowym uderzeniu smak łagodnieje, przechodząc z aksamitną słodycz skondensowanego mleka. Ewidentnie, aż chce się szukać w składzie nie tylko orzechów, ale także mleka! To słodkie mleko ciągnie się baaaardzo długim filmem, tworząc momentami lekko oziębiające wrażenie na podniebieniu. Tak, muszę powiedzieć, że słodyczy w tej czekoladzie było na tyle dużo i była tak wytrwała w swym oddziaływaniu, iż z czasem mnie już wkurzała. Gdy już przejdziemy przez tą ciągnącą się i zapętlającą Drogę Mleczną, na finiszu pojawia się odrobinkę szorstkie i wilgotnawe doznanie kojarzące się z... kartonem. Wbrew pozorom, nie było to nic nieprzyjemnego, choć porównanie może sprawiać takie wrażenie.

Poza orzechowością i mlecznością czekolada uderza swoją rześkością i wilgocią. Nie jest tak twarda jak inne tabliczki od Morin. Nie ma tu też ani krzty ściągania (no może odrobinka przy tym kartonie) czy suchości. Słodycz gra tu pierwsze skrzypce. Gdzieś w dali przebrzmiewa odrobina kwaśności, ale takiej, jaką naturalnie można spotkać w orzechach laskowych. Goryczy nie ma w niej wcale! Niech jeszcze raz ktoś spróbuje nazwać ciemną czekoladę gorzką! (tak, wiem, że w tagach mam wyrażenie "gorzka", ale takiego oznaczenia używam od początku funkcjonowania bloga wraz z przymiotnikiem "deserowa" - zmienianie wszystkich tagów na "ciemna" byłoby strasznym utrapieniem...)

Jeśli ktoś ma jakiekolwiek obiekcje co do ciemnych czekolad, powinien spróbować Sao Tome Uba Budo. Jestem pewna, że ta czekolada go zaszokuje i wybitnie zasmakuje. To czekolada śmietankowo-orzechowa, choć obok śmietanki i orzechów nawet nie leżała. Coś zaskakującego i wręcz dziwacznego. 

Na zakończenie dodam jeszcze opis tej tabliczki Morina w odczuciu organizatorów degustacji w Pintej Klepce. Parę rzeczy, których ja nie wyczuwałam - ale ile podniebień, tyle opinii :) "Niesamowita czekolada z afrykańskiego Wybrzeża. Smakuje trochę jak czekoladki z wiśnią i alkoholem złączone w jedną, twardą masę. Mocno śmietankowa, alkoholowa, dymiona, do tego nuty torfowe, kandyzowane owoce. W finiszu karmelowa słodycz." No to jak, skusicie się? ;)

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy.
Masa kakaowa min. 63%.
Masa netto: 100 g.

sobota, 25 kwietnia 2015

Natra Onati La Speciale ciemna z cząstkami jagodowymi i karmelizowanymi migdałami


W ramach małej przerwy od ochów i achów dla Morina i Zottera, przedstawię Wam coś o wiele mniej specjalnego niż czekolady z dwóch powyższych manufaktur - ale za to noszącego nazwę La Speciale ;). W końcu coś musiało podnieść rangę tego wyrobu, chociażby nadanie mu ekskluzywnej nazwy... 

Mleczny wariant z tej serii wyprodukowany pod szyldem Biedronki przez hiszpańską kakaową korporację Natra opisałam tutaj. Był to totaaaalny przeciętniak, ale do wersji deserowej podeszłam z nieco większym entuzjazmem - i to właśnie ona od początku swojego istnienia na biedronkowych półkach rzucała mi się w oczy. Wyższa zawartość masy kakaowej, jagody będące owocem mniej wszędobylskim niż jabłka, migdały lubiane przeze mnie bardziej niż orzechy laskowe - wszystko to przemawiało na korzyść akurat tej wersji La Speciale. Moje wymagania nie były wysokie, ale po prostu na wejściu pałałam do tej tabliczki większą sympatią, niż do jej jabłkowej koleżanki.

Tak jak poprzedniczkę, tak i tą czekoladę czekało długie wożenie w aucie na czarną godzinę w pracy. Eh, całe szczęście, że zrobiłam jej zdjęcie w opakowaniu dużo wcześniej niż w dniu, kiedy w końcu zdecydowałam się ją otworzyć... Coraz cieplejsze temperatury doprowadziły do tego, że gdy pewnego razu złapałam za wożony ze sobą kartonik, wyczułam przez niego zupełnie płynną masę. O zgrozo! Zaraz po powrocie do domu wpakowałam czekoladę do zamrażarki (tak, sama lodówka niewiele by tu pomogła). Tego dnia po obiedzie musiałam jeszcze na parę godzin wyruszyć do pracy, więc wiedziałam, że to już ostateczny dzień na wypróbowanie tej czekolady. Po wyjęciu jej z zamrażarki i rozpakowaniu z pudełka ujrzałam taki oto masakryczny widok:


Na domiar złego, robiąc na szybko zdjęcie nie zauważyłam, że mam włączoną lampę błyskową - a przez to obraz tego wyrobu jest jeszcze paskudniejszy. Z trudem wyjęłam zmasakrowaną tabliczkę z folijki i przedzieliłam je na dwie w miarę równe części - z myślą o moim Ukochanym. Swoją dolę zapakowałam do sreberka i w biegu łapiąc kluczyki znów wzięłam ze sobą do auta. Gdy dotarłam do firmy i zrobiłam kawę, załamałam ręce... Skubana znowu się roztopiła... Z tego powodu musiałam jeść ją łyżeczką, o tak:


Wystarczy już tych perypetii okołodegustacyjnych. Przejdźmy do wrażeń smakowych, choć wiadomo, że przez stan czekolady mogły one zostać znacznie zaburzone. Na pewno była to bardzo SPECJALNA forma degustacji, buhahaha :D.

Najpierw rzućmy okiem na skład. Czekolada zawiera 47% masy kakaowej, a więc mniej więcej tyle, co deserowe Lindt Excellence z dodatkami. Podoba mi się o wiele prostszy i przystępniejszy skład cząstek jagodowych, w porównaniu do cząstek jabłkowych z wcześniej opisywanej La Speciale. Nie łudziłam się nawet, że jagody będą na pierwszym miejscu w składzie. Najpierw mamy przecier jabłkowy, a potem skoncentrowany sok jagodowy oraz aromat naturalny - i to wszystko. Zero cukru, żadnych zagęstników i polepszaczy - to jestem w stanie zaakceptować.

 Czekolada jest słodka - na pewno słodsza od deserowych Lindt Excellence. Znów ma w sobie jakąś niezidentyfikowaną plastikową nutę, która sprawia, że jedzenie jej jest nieco męczące. Na pewno ów deserowy wariant bardziej smakował mi niż mleczne czekolada La Speciale, ale nadal wiele by tu było można zmienić. Kakao szałowej jakości nie było i wiele bogactwa tu nie wniosło. Z racji faktu, że posypka dość znacznie wkomponowała się w czekoladową masę, cząstki jagodowe mocno wpłynęły na smak samej czekolady. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie. Może to one miały w sobie coś takiego sztucznego? Nie wiem.

Cząstki jagodowe są bardzo drobne, dość wilgotne i mało chrupiące, a przy tym nie lepią się do zębów i nie są gumowate. Ich struktura jest w miarę zrównoważona ;). Nie scharakteryzowałabym ich w ciemno jako jagodowe twory... Ich smak przypomina sok jabłkowy z dodatkiem soku z jakichś ciemnych owoców - ale trudno określić, czy to mają być jagody, aronie, a może jeżyny.

W przypadku karmelizowanych migdałów niestety mamy powtórkę z rozrywki... Dla mnie był to niezidentyfikowany chrupiący element, znacznie scukrzony - podobnie było z karmelizowanymi orzechami laskowymi w wersji mlecznej.

Czytając tą recenzję możecie odnieść wrażenie, że było naprawdę słabo, ale podsumuję tą czekoladę inaczej. Rozmawiając przez telefon z Ukochanym tuż po tym, gdy zjadł swoją połówkę u siebie w pracy powiedział mi, że to była bodaj najlepsza z czekolad jakie dawałam mu do pracy. Biorąc pod uwagę fakt, że zawsze strasznie psioczył na wszelkie wciskane mu Wawele czy inne Milki - i tak kiepski to komplement, no ale jednak ;). Nie była rażąco zła, była po prostu zwyczajna. Smaczniejsza od wariantu mlecznego, ale nadal nie był to żaden specjał. 

Biedronka mogłaby sprowadzać więcej Momami, zamiast bawić się w kooperację z hiszpańskim czekomolochem jakim jest Natra. A właśnie... Widziałam, że w Biedronce pojawiły się lizaki z białej czekolady z wanilią - właśnie od Momami. Biorąc pod uwagę fakt, jak pyszna potrafi być biała waniliowa czekolada z Momami - myślę, że warto po nie sięgnąć! :)
 
Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, karmelizowane migdały 3%, tłuszcz mleczny, cząstki jagodowe 2% (przecier koncentratu jabłkowego, koncentrat soku jagodowego, naturalny aromat), lecytyna słonecznikowa, aromat.
Masa kakaowa min. 47%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 531 kcal.
BTW: 6,1/31/54

czwartek, 23 kwietnia 2015

Zotter Yummy! Meals For Schools mleczna kokosowa nadziewana mango i nugatem sezamowym


Dzisiaj przed Wami pierwsza czekolada z najświeższej dostawy Zottera do Magicznej Szuflady! Muszę przyznać, że bardzo stęskniłam się za serią Handscooped. Ze względu na mnogość świeżych składników, te czekolady charakteryzują się dość krótkim terminem ważności (w porównaniu do tabliczek pełnych). Teraz mi to bardzo pasowało - układając na nowo listę czekolad według terminów ważności wiedziałam, że na moje ukochane nadziewańce nie będę musiały długo czekać.

Yummy! Meals For Schools, jak sama nazwa wskazuje, nie jest zwykłą czekoladą (zresztą, czy któregokolwiek Zottera można nazwać zwykłym?). Produkt ten został stworzony po to, by wspomóc dzieciaki z Birmy. Każda zakupiona Yummy!... przekłada się na pożywny posiłek dla uczniów z tego dalekiego kraju. Więcej o tej akcji dowiecie się ze strony internetowej Zottera.

  
Czekoladę wiozłam w aucie do rodzinnej miejscowości mojego Ukochanego i dosłownie mnie zmroziło, gdy wyciągając ją z plecaka poczułam, jaka stała się miękka na wskutek ciepła. Prędko wrzuciłam ją do lodówki błagając, by gdy następnego dnia rozerwiemy sreberko, nie ukazała nam się wymieszana breja. Całe szczęście Yummy! dobrze zniosła podróż z przebojami - tylko na zewnątrz tafli widać, że coś naruszyło jej pierwotny stan. W środku wszystko pozostało na swoim miejscu.

Jak na mleczną czekoladę od Zottera tabliczka jest dość jasna, a i tak zawartość masy kakaowej wynosi 36% (czyli o 6% więcej niż w standardowych niezotterowskich mlecznych czekoladach). Ta łagodna barwa jest zachęcająca, a gdy zbliżymy nos do tabliczki... To chęć na spróbowanie sięga zenitu. Ta pastelowo-brązowa tafla pachnie obietnicą rozkosznie delikatnej słodyczy. Mleczność, bogactwo kakao, wyrazisty kokos, a do tego nuty orzechowe i owoców tropikalnych.


Poczynając od góry Yummy! składa się z grubej warstwy mleczno-kokosowej czekolady (tak! ta grubość w końcu mi odpowiadała). Po środku znajduje się beżowy sezamowy nugat, a pod nim słuszna warstwa kremu z mango. Czy to nie brzmi bajecznie?

Z początku rozpoczęłam konsumpcję tabliczki biorąc kęs przez wszystkie warstwy, ale szybko zmieniłam zdanie... Uwielbiam jeść Zotter Handscooped rozkładając te tabliczki na czynniki pierwsze. Odkrawając po kawałku poszczególnych części, bawiąc się i delektując. Będąc co rusz zaskakiwaną ciekawą nutą smakową. Nie ma innej opcji - specjalnie dla Olgi dołączam zdjęcia z sekcji :D. Najprościej będzie mi opisywać tą tabliczkę właśnie według warstw, po kolei.



Jakże wielka była moja radość, gdy udało mi się bez problemu odkroić solidny kawał czekolady od reszty produktu! Wspaniale móc się delektować z osobna wyjątkową czekoladą od Zottera. Pralina zawarta pod jej warstwą zawsze jest niebywała, ale to sama czekolada stanowi esencję kunsztu tej marki. W Yummy! czekolada jest niebiańsko delikatna. Jestem pewna, że posmakowała by dzieciakom przepadającym za nieprzekombinowanymi łakociami. Jest gładko, miękko, subtelnie, bardzo mlecznie, przyjemnie słodko. Bardzo dobra mleczna czekolada z wyraźnie wyczuwalnym kakao, gdzie dołożono jeszcze jeden bajer... KOKOS. Nie spodziewałam się, że będzie go tutaj aż tak mocno czuć. Sproszkowany kokos wtopiony został w czekoladową masę, dając nam wszystko to, co najbardziej lubimy w kokosowo-czekoladowych słodkościach (Olga, ja znów do Ciebie - tu nie ma wiórków! :D). Niezwykle przystępna i smakowita czekolada - pragnę takiej w wersji solo!

Dalej mamy jaśniutki nugat z drobno zmielonych nasion sezamu. Dość zwarty, ale absolutnie nie bardzo twardy w swej strukturze. Nugat sezamowy znałam już z genialnej Ayurveda Genusskur, jednakże w Yummy! jest on o wiele delikatniejszy - nie przesiąkł wszak miliardem korzennych przypraw, jakie znajdowały się w dużych ilościach we wspominanej tabliczce. Tutaj możemy delektować się wyraźnym, naturalnym smakiem sezamu. Ziarenka te nie zostały mocno podprażone, wszystko więc sprawa wrażenie łagodnej orzechowości, delikatnie doprawionej odrobiną wanilii. Kolejna pychotka. 

Dolna warstwa to pralina z mango, położona na cienkiej warstewce kokosowej czekolady. Ma ona konsystencję gładkiego musu, co dobrze widać na jednym ze zdjęć. Jest to najmniej gęsta część z wszystkich warstw, choć oczywiście nie ma mowy o wylewaniu się i zalepianiu palców - to przecież Zotter. Mus uwodzi swoim naturalnym, kwaskowatym smakiem. Z mango w czekoladzie Zottera zapoznałam się już tutaj, ale w Yummy! mango nabrało innego wymiaru. To był autentyczny mleczno-jogurtowy koktajl z mango.

Całość stanowi beztroską, radosną kompozycję. Gdybym miała dzieci, bez wahania dałabym im tą czekoladę - jest przystępna, a przy tym wyjątkowa, pyszna! Wydaje mi się, że to najłagodniejsza i najmniej wytrawna czekolada Zottera, jaką przyszło mi dotąd próbować. Ciekawi mnie tylko, co by było, gdybym tym biednym dzieciakom z Birmy wręczono do spróbowania taką czekoladę...


Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sezam 8%, pełnotłuste mleko w proszku, mleko, syrop glukozowo-fruktozowy, puree z mango 4%, miazga kakaowa, suszone mango 3%, odtłuszczone mleko w proszku, kokos w proszku 2%, koncentrat cytrynowy, migdały, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka, soja w proszku, lecytyna sojowa, cytryna w proszku, słodka serwatka w proszku, sól, pełny cukier trzcinowy, wanilia, płatki róż, anyż, cynamon.
Masa kakaowa min. 36%.
Masa netto: 70 g.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Morin Bolivie Sauvage ciemna 70%


Poranek w dniu powrotu do domu z gór jest zawsze bolesny. Owszem, czujemy satysfakcję, że spełniliśmy nasz plan, wspaniale spędziliśmy czas, podziwialiśmy widoki... Mimo ogromnego szczęścia wynikającego ze wzbogacenia się w nowe piękne doświadczenia, odczuwamy żal, że to już za nami. Trzeba wsiąść z samochód i wrócić na niziny, do swoich obowiązków. Aby choć odrobinę złagodzić ten ból, do ostatniej kawy przed wyjazdem postanowiliśmy zdegustować czekoladowego pewniaka. Coś, co na pewno nas nie zawiedzie. (Przypomnę, że na koniec naszego listopadowego wyjazdu w góry do takiej ostatniej kawy otworzyliśmy wiele razy wspominaną Ritter Sport Kaffe + Nuss i to było jak gwóźdź do trumny ;)). A że każda z posiadanych przeze mnie czekolad Morin została już przez nas sprawdzona na styczniowej degustacji w poznańskiej Pintej Klepce - wiedziałam, że wraz z rozpuszczaniem się Boliwii 70% w moich ustach, łagodny balsam będzie lał się na moje serce :).

Boliwia, pomimo swej dość znacznej powierzchni, nie znajduje się w ścisłej czołówce producentów kakao. Według organizatora powyższej degustacji, stworzona w francuskiej czekoladziarni Morin tabliczka z boliwijskiego kakao to: "Czekolada dla tych, którzy lubią klasyczne kakaowe aromaty. Kremowa, słodka, odrobinę pylista. W finiszu ściągająca, goryczkowa. Bez zbędnych fajerwerków; mimo dużej zawartości kakao sprawia wrażenie mlecznej i delikatnej." A jak my ją odebraliśmy?



Jak łatwo możecie zauważyć na zdjęciach dołączonych do dzisiejszego wpisu, ciemna czekolada z Boliwii pokryta jest wyraźnym białym nalotem. W tym wypadku nie wynika to ze starości czy złego przechowywania. Nalot jest efektem naturalnych procesów utlenienia - i jak zapewnił organizatora degustacji sam producent Franck Morin - w tym wypadku nie jest to wada. Po prostu ta czekolada tak ma. Nie mam powodów ku temu, by nie wierzyć mu na słowo - zwłaszcza, że smak był wyśmienity.

Bardzo lubię tą fotografię boliwijskiej czekolady, którą umieściłam poniżej. Doskonale widać na niej, jakże surowy jest wygląd tabliczki z zewnątrz. Zupełnie inaczej przedstawia się już przegryziona, poddana ciepłej pieszczocie ust kostka. Rzeczywiście ujawnia ona w swym wyglądzie kremowość, o której wspomniałam w cytacie. Dwie twarze. Ok, ale jak z tym smakiem? :D



Nie ma co ukrywać - Boliwia 70% była jedną z tych tabliczek, które zakupiłam jeszcze w trakcie degustacji. Bardzo zapadła mi w pamięć swoją specyficznością i już wtedy nie zgadzałam się z ogólnikowym opisem tej czekolady - że to klasyk "bez zbędnych fajerwerków". Po pierwsze - w jej konsystencji, tak jak w wyglądzie - zawiera się dziwaczna równowaga pomiędzy szorstkością a kremowością. Struktura tej czekolady wydaje się bardzo jednolita i zbita, ale w taki sposób, jakby zawierała w sobie miliony szorstkich cząstek. Ogromną ilość maleńkich przytępionych igiełek, które są tak ciasno upakowane obok siebie, że sprawiają wrażenie spójnej jedności. Bardzo oryginalne odczucie.

Nuty smakowe ukryte w tej czekoladzie są również niezwykłe. Wiele tu akcentów suchych, ale nie tych z gatunku siarkowo-kwasowych czy popielnych. Dominującym skojarzeniem jest... siano. Dobrej jakości łąkowe siano. Ewentualnie - świeża łąka, ale nie jednolita gatunkowo. Owszem, mamy tu trochę soczystych traw i słodkiej koniczyny - ale główną rolę grają tutaj zioła. Dlatego też, od skojarzeń związanych z łąką i sianem, przejdźmy do bukietu. Rustykalnego bukietu złożonego z barwnych ziół i suszonych kwiatów.  Pewnie jest tu troszkę pieprzu, troszkę anyżu.... Lecz w gruncie rzeczy wszystko mieści się w granicach delikatności.

Boliwia 70% z czekoladziarni Morin to jedna z tych czekolad, której smak długo się pamięta. Rzeczywiście, sprawa wrażenie łagodnej mleczności - o tyle dziwne, że przecież napotykamy tutaj na pylistość osypujących się zioł, goryczkę przegryzanej wysuszonej łodyżki. Gdzieś nad tym wszystkim unosi się dym ogniska. O tak. Boliwia 70% to po prostu lekko tlące się jeszcze ognisko, które rozpalono na kawałku ugoru pośrodku dzikiej łąki. Przy tym ognisku zasiedli ludzie z pozoru skrajni charakterami, a jednak bardzo dobrze się rozumiejący. Pili ciepłe mleko z drewnianych kubków. 

Tak bardzo ta czekolada przypomina mi naturę polskiej wsi, że aż dziw bierze, że kakao przybyło do nas z tak daleka. Aż widzę bukiet suszonych kwiatów, gdy zamykam oczy i przypominam sobie smak Boliwii 70%... Nieco łatwiej było wyjechać nam z zaśnieżonych Beskidów, skoro ta czekolada przeniosła nas jeszcze gdzieś indziej :).

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna.
Masa kakaowa min. 70%.
Masa netto: 100 g.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Ritter Sport Haselnuss-Cookies mleczna nadziewana kremem orzechowym, kawałkami orzechowych herbatników i siekanymi orzechami laskowymi


Pewnie wielu z Was z niecierpliwością czeka na recenzję dziś opisywanej przeze mnie czekolady... Haselnuss-Cookies to jedyna w 100% nowa propozycja Ritter Sport w wiosennej limitowanej edycji. Zakupiłam ją w niemieckim markecie Edeka wraz z dwoma innymi tabliczkami, których to wypróbowanie ma być kolejną szansą daną Ritter Sport po moim wielki zawodzie związanym z Kaffee + Nuss. Nie wiem jak to jest, ale kiedyś w nadziewanych Ritterach zupełnie nie przeszkadzał mi skład bazujący na cukrze i margarynie. Być może większe doświadczenie w degustacji wyższej jakości czekolad przyzwyczaiło mnie do czego innego - aż do tego stopnia, że wyżej wspomniana przeze mnie Kaffee + Nuss była dla mnie niezjadliwa.

Świeżo zakupione Ritterki miały jasno określone przeznaczenie - aby obcowanie z nimi było mniej bolesne, planowaliśmy zjeść je w górach. I to nie do porannej kawy przed wyruszeniem w trasę, ale już w ciągu dnia - jako doładowanie energetyczne. W takich warunkach wszelkie mankamenty byłyby przez nas lżej odebrane. Ot, zachowawczość celem uniknięcia nadmiernego bólu ;). Zapewne podobnie postąpię z letnimi limitkami, gdy tylko uda mi się je zakupić.

Haselnuss-Cookies może poczuć się wyróżniona. Otworzyliśmy tą tabliczkę w niezwykłych warunkach. Na tyle niezwykłych, że wiążących się z wrażeniami dla mnie niemal metafizycznymi - i do jasnej ciasnej, spożycia połówki tego Rittera było dla mnie niczym brutalne zepchnięcie na ziemię (no, już się zdradziłam, co czeka Was dalej w tej recenzji...).

Na przestrzeni ostatnich miesięcy miałam kilka takich wydarzeń, których wspomnienie już do końca życia będzie niezwykle poruszać moje serce. Jednym z nich pozostanie zdobycie Góry Żar w wieczór Niedzieli Wielkanocnej. W poprzednich notkach mogliście przeczytać, że nasz wielkanocny wypad w Beskid Mały rozpoczął się bardzo źle. Miałam wysoką gorączkę, zapalenia gardła - w Wielki Piątek byłam praktycznie nie do życia - i jak tu chodzić po górach? Miłość do gór (i mojego Mężczyzny :)) oraz wola walki sprawiły, że potrafiłam odnaleźć w sobie takie pokłady sił, by w Wielką Sobotę i Niedzielę zaliczyć ponad trzydziestokilometrowe trasy. Ostatnim punktem niedzielnej trasy było podejście czerwonym szlakiem z Porąbki na Górę Żar.

Jako dziecko byłam już na Górze Żar. Wtedy zostałam wwieziona na nią samochodem. Był to środek letniego dnia, a więc na szczycie znajdowały się tłumy ludzi. Tym razem, mając już wiele kilometrów w nogach, mozolnie podeszliśmy na górę, ścigając się ze zmierzchem. Na szczycie czekały na nas niesamowite krajobrazy - trafiła się tam nam najlepsza widoczność z całego naszego wyjazdu. Dodatkowo - oprócz nas żadnej żywej duszy! Oczyszczające i potwornie uszczęśliwiające doświadczenie. Warte najbardziej ekskluzywnych czekolad ;). A my otworzyliśmy limitowanego Rittera...




Zaciągnięcie się aromatem czekolady świeżo uwolnionej z plastikowego opakowania już doprowadziło do skrzywienia naszych uśmiechniętych od ucha do ucha twarzy. Wątpliwie przyjemna woń dopiero co wyciągniętej z lodówki kostki taniej margaryny doprawiona równie tanimi rozwodnionymi orzechowymi lodami - to nie to, co chcielibyśmy wąchać w takich chwilach... Trudno stało się. Wiedziałam już, że to będzie powtórka z rozrywki - od razu przypomniała mi się nieszczęsna Kaffee + Nuss.

Co do jakości samej mlecznej czekolady trudno jest mi się wypowiadać - duża ilość słabego nadzienia mocno ją przytłacza. Mając jednak w pamięci moje doświadczenia z pełnymi czekoladami Ritter Sport, mogę się domyślać, że to nie najgorszej jakości mleczna czekolada. Przesłodzenie mnie nie dosięgło, a nutka kakao pewnie też by się pojawiła - gdyby nie przytłaczające swoją miernością nadzienie.

Nadzienie jest mocno zbite i wyraźnie tłustawe - i nie jest to przyjemnie maślany tłuszczyk... Odrzuca mnie od tego margarynowego posmaku na kilometr, a przenikające wszystko orzechy laskowe rodem z wyżej wspomnianych tanich lodów dodatkowo dokładają do pieca. To nie było smaczne, zdecydowanie nie - tym bardziej, że na świeżo mogliśmy sobie porównać ów orzechowy krem z nugatem obecnym w Niederegger. To były dwa zupełnie inne światy. Skład mówi o obecności mojego ukochanego cynamonu, ale ja ani trochę go nie czułam.

Gdyby nadzienie w tej czekoladzie składało się tylko i wyłącznie z "orzechowego" kremu - nie byłabym w stanie zjeść przypadającej dla mnie połówki tabliczki. Na szczęście mamy w środku chrupiące dodatki, które nieco ułatwiają spożycie tego produktu (ale tylko troszeczkę). Posiekane orzechy laskowe są drobne, jak w wielu innych czekoladach Ritter Sport z ich dodatkiem (po raz enty wspomnę o Kaffee + Nuss, podobne orzeszki znalazły się także w Baisser Nuss). Jako jedyne siłą rzeczy stanowią prawdziwie naturalny posmak orzechów laskowych. A ta czekolada miała być potrójnie orzechowa!!! :/

Na koniec wypadałoby wypowiedzieć się jeszcze o tym trzecim orzechowym elemencie, który został inspiracją do nadania nazwy całemu produktowi - mowa o orzechowych ciasteczkach. Ich kawałki przegryzane na przemian z kawałkami orzechów to jedyny ratunek dla Haselnuss-Cookies. Przyjemnie chrupiące, nie za twarde, przywodzące na myśl klasyczne ciasteczka - dokładnie takie, jak widoczne na opakowaniu. Choć zawsze wolę sięgać po czekoladę, niż po ciastka - w tym wypadku wolałabym wszamać nawet całą paczkę takich ciasteczek, niż jeszcze raz mieć do czynienia z tą limitką od Ritter Sport.

W tak pięknych okolicznościach, jakie zastały nas na Górze Żar - trzeba było szybko przechylić ten kielich goryczy, przełknąć ślinę i zapomnieć o tym zaburzającym piękno sytuacji pseudoczekoladowym doświadczeniu. Muszę postawić kolejny minus dla Ritter Sport - paskudny orzechowy krem był nie do przejścia. Nic nie zamaskowałoby jego męczącego posmaku, choćby złota tam dosypali. Na szczęście dla Ritter Sport, w najbliższym czasie dostanie ode mnie jeszcze niejedną szansę. Mam nadzieję, że nie będę mocno cierpieć ;).

Skład: cukier, tłuszcz palmowy, tłuszcz kakaowy, laktoza, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, orzechy laskowe 4%, miazga z orzechów laskowych 3%, śmietanka w proszku, tłuszcz mleczny, mąka pszenna, lecytyna sojowa, białko jaja, białka mleka, cynamon, naturalny aromat.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 579 kcal.
BTW: 6,3/38/51

piątek, 17 kwietnia 2015

Lindt Excellence Granatapfel ciemna z granatem


Gdy tylko na niemieckiej stronie Lindta pojawia się nowy katalog produktów, już zakasam rękawy i zacieram ręce. Niemiecki oddział tej obdarzonej przeze mnie pewnym sentymentem firmy raczy nas czymś nowym co sezon. Nowości te występują w dość znacznych ilościach i zawsze mnie zaskakują swoją pomysłowością. Po odkryciu owych wynalazków nie pozostaje nic innego, jak śledzenie aukcji na Allegro, tudzież moje ulubione wyprawy piesze do niemieckiego marketu z rodzinnej miejscowości mojego Lubego. Endomondo mówi, że taki spacerek w obie strony to dystans 22,5 km. Co to dla nas :D. Zawsze można zjeść jakąś świeżo zakupioną tabliczkę w drodze powrotnej, celem uzupełnienia spalonych kalorii :>.

Jedną z nowości proponowanych przez Lindt w 2015 roku jest zestaw trzech tabliczek Excellence z dodatkiem egzotycznych owoców. Są to czekolady deserowe o zaledwie 48-procentowej zawartości masy kakaowej - czyli typowa zagrywka Lindta jeśli chodzi o tą serię produktów z dodatkami. Już zdążyłam się przyzwyczaić, więc nie ma sensu jakoś specjalnie na to psioczyć. Ciekawił mnie natomiast smak cząstek granatu, physalis oraz acai zatopionych w lindtowskiej czekoladzie. Dlatego też, gdy tylko zobaczyłam nowe trio na półce niemieckiego marketu, bez wahania po nie sięgnęłam (właściwie to zauważył je mój Luby, ja byłam ślepa :D).

Lindt Excellence Granatapfel zabraliśmy ze sobą na Wielkanoc w góry. Można powiedzieć, że stanowiła nasz świąteczny posiłek, bo otworzyliśmy ją w Niedzielę Wielkanocną do porannej kawy, przed wyruszeniem na kolejny ponad 30-kilometrowy szlak. 



Tabliczka subtelnie pachnie kakao, resztę nut zapachowych stanowią nie do końca zidentyfikowane elementy owocowe. Granat również wyczułam i to bez problemu - swego czasu często jadłam granaty, teraz nie mam czasu pastwić się nad ich obieraniem :P. Zawsze doceniałam ich charakterystyczny smak, parę lat temu traktowałam granat jako mój ulubiony owoc. Coś mi jednak w aromacie tej czekolady nie pasowało. W zasadzie, to kojarzyła mi się nieco z galaretkową wonią żurawinowej Fin Carre.

Jeszcze jeden rzut okiem na skład i... Szok! Lindt pojechał po bandzie - spójrzcie tylko na skład "cząstek granatu"... Szlag by to trafił, przecież on niewiele się różni od składu "cząstek jabłkowych" w nieszczęsnej, biedronkowej La Speciale! Heh, a w zasadzie czego ja się spodziewałam? Że Lindt doda do czekolady całe soczyste pestki granatu? :P Ja rozumiem, że koncentrat soku z granatu, nawet w marnej ilości 5% w składzie cząstek, może już nadawać intensywny posmak rzeczonego owocu, no ale jednak... Nie tak to miało wyglądać. Nie przypominam sobie, aby którakolwiek z wcześniej próbowanych przeze mnie Excellence miała aż tak kiepski skład owocowych dodatków.

O tyle dobrze, że Lindt nie uraczył nas żadnym fluorescencyjnym barwnikiem - po podzieleniu tabliczki na kostki zauważamy, że "cząstki granatu" mają dość blady kolor. Już przy odłamywaniu kostek czujemy, że cząstki będą nieco gumowate, lecz przy tym zwarte. Nie sprawiały wrażenia, jakoby miały nachalnie wchodzić między zęby.

I na szczęście tak nie było. Deserowa czekolada od Lindta, dobrze znana - smakowała w porządku, bez większych zastrzeżeń. Kremowo-kakaowa, wyrazista jak na deserówkę, przyjemnie słodka i miękka.

Owocowe cząstki smakują dokładnie tak, jak pachną. Budzą skojarzenia z galaretkami, na szczęście nie jakimiś mocno sztucznymi. Są dość słodkie, ale w owocowy sposób - nie zostały perfidnie scukrzone. Przywodzą na myśl dokładnie to, co wyczytujemy w składzie - sok jabłkowy doprawiony koncentratem z granatu. Heh, Lindt wykorzystał chyba psikusa języka niemieckiego - granat po niemiecku to GranatAPFEL... Lindt poczuł się zobowiązany i musiał dorzucić sporo jabłek ;). Bo tanie...

Mogę tylko rozmyślać co by było gdyby Lindt pokusił się o umieszczenie w swej czekoladzie liofilizowanych pestek granatu... I co z tego, że tabliczka byłaby wtedy z dwa razy droższa - skoro byłaby autentyczna... Ostatnio opisywany przeze mnie Lindt trochę zawiódł moje oczekiwania - przy Granatapfel zaliczyłam powtórkę z rozrywki... Ciekawe jak odbiorę pozostałe propozycje z tej serii.  
Skład: cukier, miazga kakaowa, cząstki granatu 10% (koncentrat jabłkowy, koncentrat soku z granatu 5%, mąka ryżowa, aromat, pektyny, olej palmowy, koncentrat soku jabłkowego), tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalne aromaty.
Masa kakaowa min. 48%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 511 kcal.
BTW: 5,8/29/53.

środa, 15 kwietnia 2015

Niederegger mleczna nadziewana nugatem z orzechów laskowych


Idę o zakład, że każdy z Was zna firmę Niederegger z Lubeki. Na pewno nie kojarzycie jej typowo jako producenta czekolad, ale... Wyobraźcie sobie klasyczny baton marcepanowy. Jakie logo widzicie na jego opakowaniu? No właśnie. Na 90% będzie to właśnie logo Niederegger - marki znanej głównie z produkcji marcepanowych słodkości. Oprócz tego, mają w swej ofercie sporo wariacji na temat nugatu. Raj dla fanów orzechowych smaków zatopionych w czekoladzie.

Na początku mojej przygody z degustowaniem czekolad, dysponując jedynie studenckim budżetem - z rozrzewnieniem spoglądałam na marcepanowe tabliczki Niederegger na półkach Piotra i Pawła, po kilkanaście złotych każda. Doskonale pamiętam smak wielkiego batona marcepanowego, zabranego do torby na moje studenckie praktyki. Codziennie po pracy odkrajałam sobie jego plaster i siadając w samotności na parapecie okna w moim pokoiku zjadałam go, wpatrując się w zieleniący się przypałacowy park. Potem ruszałam na długie piesze wędrówki po okolicy. Jak widzicie, mam powody ku temu by mieć pewien sentyment do Niederegger, choć przecież moje doświadczenia z tą firmą nie są wielkie.

Podczas naszej mikołajkowej wyprawy do niemieckiego marketu, to mój Ukochany pierwszy dostrzegł nugatową czekoladę Niederreger - będącą jedyną tabliczką tej marki w ofercie odwiedzonej przez nas Edeki. Jako wielki fan orzechów laskowych, to on zadecydował o jej zakupie - nie oponowałam :D. W końcu stanęłam przed okazją spróbowania czekolady od Niederegger.


Wiedziałam, że orzechowa czekolada najlepiej sprawdzi się na górskim szlaku, tak więc nasza Niederegger czekała w Magicznej Szufladzie aż do wielkanocnego wyjazdu w Beskid Mały. Wspaniale było zatrzymać się w schronisku na Hrobaczej Łące podczas przebiegu naszej ponad trzydziesto kilometrowej trasy, napić się kawy z termosu i rozwinąć sreberko nugatu oblanego mleczną czekoladą.

Jeszcze oglądając ten produkt w sklepie, urzekł mnie nieprzekombinowany w gruncie rzeczy skład. 33% masy kakaowej - każdy procent w górę w mlecznych czekoladach jest dla mnie zawsze in plus. Orzechy laskowe w nugacie stanowią aż 21% składu całej tabliczki. Nie zastosowano żadnych aromatów, sztucznych czy naturalnych - po prostu użyto wanilii (w formie mielonej i wyekstrahowanej). 
 


Kostki tej 100-gramowej czekolady były średniej grubości, ale mieściły w sobie na tyle sporo zawartości, że cała tabliczka sprawiała wrażenie mniejszej niż zadeklarowana masa. Zewnętrzy wygląd tego wyrobu nie był idealny, zapewne nieco nadszarpnięty zębem czasu. Jednakże ujmujące były jasnobrązowe przebłyski nugatu pomiędzy kostkami - dzięki którym kierując się samym zmysłem wzroku już wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z czymś więcej niż zwykłą mleczną czekoladą.

Aromat też zresztą nas o tym przekonuje. Czekolada ujmująco pachnie delikatnymi, mielonymi orzechami laskowymi - zapach nie do podrobienia. Podbicie tej woni akcentami mlecznymi i kakaowymi zapewnia nas, że nawet, jeśli będzie zwyczajnie - to na pewno smacznie. Nie ma tu żadnych nieprzyjemnych naleciałości margarynowych - co jest zresztą naturalne, bowiem inne tłuszcze roślinne prócz kakaowego w składzie nie występują.


Kostki są dość miękkie, ale nienachalnie topiące się w palcach. W przekroju tabliczki jednoznaczne oddzielenie nadzienia od warstwy czekolady jest wręcz niemożliwe. Masa kakaowa spójnie wnika w część nugatową - co niektórych może zawieść, ale mi to nie przeszkadzało. Zmielone na drobną masę orzechy złagodzone są śmietankową i lekko karmelową nutą, ale nadal nie przestajemy mieć wątpliwości, że nugat ma grać tutaj pierwsze skrzypce. Sama mleczna czekolada jest dobra - nie ma tu żadnej rewelacji, aczkolwiek znów trudno jest mi w pełni ocenić czekoladę ze względu na jej zespolenie z nugatem.

Przekrój czekolady nie wygląda specjalnie wykwitnie, a raczej bardzo naturalnie i surowo. Tabliczka jest dość tłusta, ale w przyjemny sposób - orzechowy, płynący także z tłuszczu kakaowego, oraz dodatku śmietanki. Nie jest to również typowa maślana tłustość (zresztą, masła również nie ma w składzie). Słodycz tego wyrobu jest wyważona, z waniliowo-mlecznym zacięciem.

Mleczna czekolada z nugatem z orzechów laskowych wyprodukowana przez Niederegger nie jest nugatem bezpośrednio wpakowanym w otoczkę z mlecznej czekolady. Światy kakao, orzechów i mleka wzajemnie się przenikają, tworząc kompozycję bardzo subtelną, lecz nie w pełni wydelikaconą. Miłośnicy mocnych smakowych wrażeń nie mają czego szukać w tej czekoladzie. Tja, owszem, ja jestem takową miłośniczką - ale ten produkt przypasował mi w swej prostocie, wykonanej z sumiennością. Konsumpcja tej czekolady nie jest czymś, co będę chciała powtórzyć, za czym będę tęsknić - ot, miły produkt na raz. No chyba, że po prostu miałabym się znów przenieść z moim Lubym do tamtego samotnego, zaśnieżonego schroniska w górach. Wspomnienie całej sytuacji będę pielęgnować, czekolada była tylko dodatkiem.

Skład: mleczna czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii), orzechy laskowe 21%, cukier, tłuszcz kakaowy, śmietanka w proszku, laktoza, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, karmel, lecytyna sojowa, lecytyna słonecznikowa, mielona wanilia.
Masa kakaowa min. 33%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 582 kcal.
BTW: 6,3/38,6/50,7.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Pelczar biała z truskawkami i wanilią


Dobrze jest mieć Przyjaciółkę, która doskonale wie, jaki upominek sprawi mi największą radość. Moja Powierniczka będąc w podróży zawsze rozgląda się za ciekawym czekoladowym wynalazkiem dla mnie. To bardzo miłe. Takie czekoladowe pamiątki z wyprawy aż żal zjadać - miło je chomikować w Magicznej Szufladzie i traktować niemalże jak pocztówkę pachnącą czyjąś podróżą (Torras oraz duńskie Toms spróbowałam właśnie dzięki wojażom mojej Przyjaciółki). W sprawie dziś opisywanej czekolady zadzwoniła do mnie, gdy wracałam pociągiem z Warszawy po zakończeniu naszej świąteczno-sylwestrowej wyprawy do Maroko. "Jadłaś czekoladę Pelczar? Z Korczyny?" - zapytała w smsie. Chwila konsternacji. Hmm... Nie miałam zielonego pojęcia co to jest!


Moja Przyjaciółka była akurat w Bieszczadach i jak się okazało, właśnie w podkarpackim swoją siedzibę ma firma M.Pelczar Chocolatier. Mirosław Pelczar, szef korczyńskiej czekoladziarni, w 2004 roku otrzymał tytuł Mistrza Polski Cukierników. Brał udział w wielu tego typu mistrzostwach na arenie światowej. Zajrzyjcie na wyżej podlinkowaną stronę internetową - mnie osobiście oferta bardzo pozytywnie zaskoczyła. W kwestii czekolad z dodatkami, swoją atrakcyjnością Pelczar moim zdaniem przebija Karmello. Tak naprawdę, to moja Przyjaciółka wybrała dla mnie bodaj najprostszą kompozycję smakową z oferty Pelczar - białą czekoladę z truskawkami i wanilią. Powiedziałam sobie, że jeśli ta wersja mi zasmakuje, to na pewno kiedyś zamówię kolejne tabliczki z Korczyny.


Czekolada wyprodukowana została w pobliżu gór, to i w górach musiała być skonsumowana :). Drugiego dnia naszej wielkanocnej wyprawy w Beskid Mały posililiśmy się nią w towarzystwie kawy, tuż przed wyruszeniem na ponad trzydziestokilometrowy szlak. Tradycyjnie już dla mnie, obawiałam się smaku nieznanej mi białej czekolady. Istniało ryzyko, że otrzymam wyrób mydlany, przesłodzony, stęchły, zbyt tłusty. Generalnie, biała czekolada od Karmello smakowała mi tak sobie, więc do białej od Pelczara podchodziłam bardzo sceptycznie. Wybaczcie, ale porównanie Pelczara do Karmello przychodzi mi samoistnie - mają podobną ofertę.



Nie ma co owijać w bawełnę - biała czekolada od Pelczara przypadła do gustu zarówno mi, jak i mojemu Ukochanemu. Ba, on stwierdził nawet, że przypomina mu te najsmaczniejsze białe Lindty! Próbując samej białej czekolady przekonujemy się, że jest przyjemnie mleczna, zbalansowana pod względem słodyczy i tłustości. Nie ma w sobie żadnych nieświeżych akcentów, co wyczuwamy już w zapachu. Ma w sobie wyraźną nutę prawdziwej wanilii, co dobrze komponuje się z mlecznością. Nie rozpada nam się z miękkości w rękach, lecz jest aksamitna i nie poraża ordynarnością w ustach - to delikatna i wyważona biała czekolada. Naprawdę bardzo udany wyrób!

Równie udane okazały się być dodatki. Słusznej wielkości plastry liofilizowanych truskawek charakteryzują się świeżym i naturalnym smakiem. Ich wielką zaletą jest miękkość - nie są wysuszonymi na wiór imitacjami owoców, ale autentycznymi truskawami, które po prostu utrwalono przez liofilizację. Nie zostały one też dodatkowo posłodzone - smakują więc jak zwykłe truskawki, czyli bardzo dobrze :D.

Drugim dodatkiem użytym jako posypka w tej czekoladzie jest mielona wanilia burbońska. Wyszczególniono, że pochodzi ona z Madagaskaru. Skupiska czarnych kropek przyciągają wzrok - na początku myślałam, że to lukrecja (swoją drogą, z chęcią spróbowałabym taką białą czekoladę z lukrecją!). Gdy weźmiemy do ust kawałek czekolady bogaty w waniliową posypkę, wyraźnie czujemy jej moc. Nie jest to wręcz pikantna przyprawowość (jak w często wspominanej przeze mnie Momami), ale specyficzna słodka waniliowa głębia, jeszcze mocniej popychająca nas w przyjemność płynącą z jedzenia tej białej czekolady. 

Ta tabliczka zdecydowanie przekonała mnie do tego, by za jakiś czas szerzej zapoznać się z asortymentem firmy Pelczar. Wszystko świetnie do siebie pasowało w tej czekoladzie, naprawdę nie miałam się do czego przyczepić. Obawiałam się inwazji tłuszczu i cukru, a dostałam wysoką jakość i przyjemny smak. A Wy, słyszeliście wcześniej o tej firmie? Macie jakieś doświadczenia?

Skład: czekolada biała (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa, wanilia burbońska), truskawki liofilizowane 3,52%, mielona wanilia burbońska z Madagaskaru 0,11%.
Masa kakaowa min. 25,9%.
Masa netto: 85 g.

sobota, 11 kwietnia 2015

Tai Tau ciemna 62%


Jedną z tajemnic handlu pozostanie dla mnie fakt, dlaczego Biedronka postanowiła sprowadzić do Polski akurat litewskie czekolady? Być może usilnie poszukiwała jakichkolwiek produktów ze synonimami słowa "specjalny" w nazwie, aby móc zbudować bogaty folder "eksluzywnych" produktów utrzymanych w konwencji marki własnej La Speciale. W każdym bądź razie, w okresie przedwielkanocnym w Biedronkach pojawiły się trzy ciemne czekolady Tai Tau bez dodatków, wyprodukowane przez litewską fabrykę czekolady Meskenas (czyli szop pracz ;)). 

Obiecałam sobie, że kupię je dopiero, gdy zostaną przecenione - nie łudziłam się, że ciemne czekolady rzucone na dyskont zostaną szybko wykupione. Biedronka jednakże pomieszała mi szyki robiąc promocję na asortyment czekolad. A że akurat musiałam się odstresować w pracy, zatrzymałam się przy pierwszej lepszej Biedronce i wyszłam z niej z kilkoma tabliczkami czekolady - w tym z całym triem Tai Tau. Nie od dziś wiadomo, że czekoladowe zakupy są jednym z najlepszych lekarstw na ukojenie nerwów.



Pierwsza na tapetę poszła czekolada o 62% zawartości kakao - w przypadku Tai Tau będziemy wspinać się coraz wyżej jeśli chodzi o poziom masy kakaowej. Napisy na etykiecie głoszą, iż czekolada ma w składzie miazgę kakaową pochodzącą "z wysokiej jakości ziaren kakaowych Ghana, Arriba, Grenada". Niby jest to już jakaś zachęta, że producent potrafi wskazać pochodzenie użytej miazgi kakaowej - ale z drugiej strony cały czas mam obawy, czy jest to czekolada choć odrobinkę wyższej jakości niż gorzkie od Wedla czy z Wawelu. Marka po prostu nie wzbudzała mojego zaufania, nie mówiąc już o fakcie znalezienia tych tabliczek w Biedronce zaraz obok "wykwitnych" La Speciale. Dodatkowo, nieco badziewne przyozdobienie kostek w owoce morza również skłaniało mnie do niezbyt przyjemnych refleksji... Wszystko miał zweryfikować smak.

Naszą czekoladę otworzyliśmy w bardzo nietypowych warunkach. Zjedzona bowiem została... na kolację. Przynajmniej moją, bo w Wielki Piątek wieczorem nie byłam w stanie przełknąć nic innego, niż samoistnie rozpuszczającą się w ustach słodycz. Awaryjnie szybki powrót z górskiego szlaku, dogorywanie w łóżku z gorączką... Ale wieczorem uniosłam głowę w poduszki, wraz z Lubym wypiliśmy kawę przygotowaną w termosie na niezrealizowaną trasę i z uporem maniaka planowaliśmy trasy na kolejne dni. Które notabene zrealizowaliśmy w 100%. Czyżby Tai Tau miała uzdrawiającą moc? ;)


Ciężko mi było w pełni zidentyfikować aromat czekolady mając częściowo zatkany nos, ale mimo wszystko w konsultacji z Ukochanym doszłam do wniosku, że w kwestii zapachowej niewiele się tu dzieje. Tai Tau 62% ma zapach jednolity, aczkolwiek twardy jak skała - słodkawo-deserowy, trochę przywołujący na myśl jagodowo-kakaowy krem. Wydawało mi się, że skądś już znam taki aromat - prosty, ale przyjemny i jednak nieco inny od najpopularniejszych gorzkich tabliczek.

Czekolada w konsystencji była dość twarda, aczkolwiek nie łamała się z mocnym hukiem. Względnie grube kostki sprawiały wrażenie jednolitości i zbitości. Lekki połysk na zdobieniach kostek nie wydawał mi się wcale apetyczny i kuszący, ostatnimi czasy bardziej podoba mi się większa matowość czekolad. Swobodne rozpuszczanie się w ustach też było kwestią dyskusyjną - tą czekoladę zdecydowanie lepiej się gryzło.

Smak? Jedząc Tai Tau 62% miałam nieodparte wrażenie, że spożywam czekoladki z kalendarza adwentowego, ale w wydaniu o wyższej zawartości kakao. Ciężko mi nazwać tą nutę smakową - po prostu przywiodła takie, a nie inne skojarzenie. I to właściwie wszystko. Nie rozpostarła się przede mną paleta niuansów smakowych, nie spodziewałam się zresztą tego. Dostałam jednak deserowy wyrób idealnie pasujący do kawy. Oj tak, mój Ukochany również stwierdził, że taka deserowo-słodka czekolada o zwartej konsystencji bardzo dobrze komponuje się z kawą. A skojarzenie z podkręconą przez kakao wersją adwentowych czekoladek dawało mi przyjemność z jedzenia każdej kostki. Przyjemność, która nie trzęsła murami, niebędąca rozkoszą - ale taką zwyczajną, codzienną przyjemność, dokładnie jak łyk zwykłej kawy. 

Ciekawa jestem, co nowego przyniosą z sobą Tai Tau 72% i 82%. Czy w ogóle poczujemy znaczną różnicę? Do ich zrecenzowania zostaje jeszcze trochę czasu, ale nie boję się, że zapomnę jak smakowała 62%. To był tak prosty, łatwy do zapamiętania smak - porównanie przyjdzie mi bezproblemowo.

Skład: miazga kakaowa (Ghana, Arriba, Grenada), cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna rzepakowa.
Masa kakaowa min. 62%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 558 kcal.
BTW: 6,6/34/56,4

czwartek, 9 kwietnia 2015

Lindt Sweet Popcorn mleczna z nadzieniem czekoladowym i popcornem


Najnowsza propozycja Lindta z serii Hello nie jest już wcale aż taką świeżynką. W zagranicznych sklepach dostępna jest bodajże od jesieni 2014 roku. Ja swój egzemplarz zakupiłam w Mikołajki, podczas spaceru do marketu za naszą zachodnią granicą. Jak widzicie, przeleżała swoje w Magicznej Szufladzie - aż doczekała Wielkanocy. Gdy z weekendu na weekend nie decydowałam się na otwarcie Sweet Popcorn w końcu podjęłam decyzję, że dopisuję ją na listę smakołyków zabranych jako dopalacz w góry. Bo Wielkanoc, jak każde inne święto dające nam dni wolne od pracy, jest idealnym momentem na wypad w góry!

Bardzo lubię lindtowską serię Nice To Sweet You. Wszystkie wypróbowane przez mnie czekolady z tej kolekcji przypadły mi do gustu. Miałam też kilku ewidentnych faworytów, jak na przykład Dark Chocolate Cookie. Nazwa Sweet Popcorn rozbudziła moją wyobraźnię - nigdy nie jadłam popcornu w czekoladzie, ale wyrób Lindta z miejsca wydał mi się pewniakiem dobrego smaku. Po prostu wszystkie Hello były dobre i tyle. Wyobraziłam sobie pokruszone kawałki solonego maślanego popcornu zatopione w mlecznej czekoladzie Lindta i... to musiało być dobre. 


Lindt Sweet Popcorn otworzyliśmy pierwszego dnia naszego wielkanocnego wyjazdu - po przyjeździe na naszą kwaterę w Międzybrodziu Żywieckim. Trzeba było wzmocnić się po podróży, a przed wyruszeniem na jak się potem okazało barrrdzo kapryśny szlak. Ot, Wielki Piątek, to i musiałam przejść swoją Drogę Krzyżową - mimo, iż jestem niewierząca. Przejdźmy jednak do sedna, czyli do samej czekolady.

Długa i smukła tabliczka o dość grubych, uroczo ozdobionych kostkach - to cechy charakterystyczne serii Nice To Sweet You. Każda tabliczka z tej kolekcji otoczona jest zawsze sreberkiem, które z zewnątrz ma charakterystyczną dla danego rodzaju czekolady barwę. W wypadku Sweet Popcorn, jest to intensywna i bardzo ładna czerwień. Czekolada pachnie nieco odmiennie, niż klasyczny mleczny Lindt - ma w sobie pewną paloną, gorzkawą nutę. Odbiera ona nieco charakterystycznego maślanego aromatu typowej mlecznej czekolady Lindta.


Po wgryzieniu się w miękką i delikatną kostkę nie rozpływam się w degustacyjnej rozkoszy. Warstwa mlecznej czekolady jest hmmm... jakaś taka mniej satysfakcjonująca, niż zazwyczaj. Przypuszczam, że jest to kwestia tego, że zbyt bardzo zlewa się ona z czekoladowym nadzieniem. Tja, nadzienie nazwano czekoladowym, co jest dla mnie sporym nadużyciem. Owszem, jest brązowe i ma posmak kakao, ale daleko mu do idealnego czekoladowego kremu, lub choćby czegoś podobnego jak we wspomnianym wyżej Dark Chocolate Cookie. Niestety, olej palmowy umieszczony tak wysoko w składzie nie mógł obejść się bez echa. Warto jednak zaznaczyć, że zarówno czekolada jak i nadzienie nie są przesłodzone. Balansują na granicy delikatnej, aksamitnej słodyczy. Nie tak maślanej, jak to u Lindta bywało, ale jednak jest całkiem przyjemnie.

No dobra, ale jak przedstawia się rzeczony popcorn? Na powyższym przekrojowym zdjęciu kostki możecie zauważyć jedynie nieliczne drobinki jakiegoś dodatku - absolutnie nie są to kawałki prażonej kukurydzy. Okazało się, że Lindt zatopił w nadzieniu Sweet Popcorn coś na kształt granulek z prażonej kukurydzy. Kiedy natrafimy na takową granulkę najpierw przypomina ona coś na kształt ciasteczka na mące kukurydzianej. Dopiero po chwili dociera do nas specyficzny, lekko palony i skarmelizowany posmak charakterystyczny dla dobrze podprażonego popcornu. Smak ten jest naprawdę bardzo ciekawym doznaniem i szkoda, że nie pojawia się od samego początku i nie zostaje z nami na dłużej.

Niestety muszę przyznać, że Sweet Popcorn była najsłabszą próbowaną przeze mnie czekoladą z serii Nice To Sweet You. Zabrakło jej wyrazistości. Gdyby nadzienie było bardziej czekoladowe tj. wyraźniej zbliżone do tego, co reprezentuje sobą czekolada Lindta... Gdyby kawałki prażonego ziarna kukurydzy były większe, liczniejsze, bardziej dopieszczone... Tak, wtedy zdecydowanie polubiłabym tą czekoladę. Tym czasem, nie za wiele mam do wspominania. Jedynie delikatne echo gorzkawego smaku prażonego ziarna, przykryte masą z niezbyt udanego nadzienia.

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, laktoza, olej palmowy, granulki prażonej kukurydzy 4% (kukurydza, cukier, prażona kukurydza, olej słonecznikowy, glukoza, lecytyna rzepakowa, aromat, sól), tłuszcz mleczny, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, lecytyna słonecznikowa, ekstrakt słodu jęczmiennego, naturalne aromaty.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 566 kcal.
BTW: 6,6/36/53

wtorek, 7 kwietnia 2015

Zotter Peru 100% ciemna


Zotter Peru 100% to czekolada prawdziwie skrajna. Wraz z wyciągnięciem jej z Magicznej Szuflady, do 100% dobiła liczba wypróbowanych tabliczek, jakie zakupiłam w sierpniu w Innsbrucku, wracając z urlopu. Tak, mój zapas przywiezionych stamtąd smakołyków właśnie się wykończył. Gdy kupowałam tą czekoladę nie miałam jeszcze żadnych doświadczeń z tak wysoką zawartością masy kakaowej. Kiedy w końcu zdecydowaliśmy się na degustację - byłam już po trzech próbach takiego kakaowego szaleństwa (a wspominam o nich w kolejnych akapitach tego wpisu). Można rzec, że temat już z lekka oswoiłam - ale wiem, że w tym wypadku nie ma miejsca na słowo takie jak oswojenie czy przyzwyczajenie. 100% to 100% - tu nie ma miejsca na kompromisy.

Ojczyzną ziaren, z których wykonano naszą dzisiejszą bohaterkę jest peruwiańska kooperatywa Naranjillo. Zajmuje się ona uprawą kakao, które według strony internetowej Zottera ma być najłagodniejszym na świecie. Phi! Mając za sobą degustację 100% Domori Criollo wiem, że co jak co, ale peruwiańska stówka od Zottera nie może się z nią równać w łagodnych nutach smakowych... Uprzedzając fakty, odsyłam Was do mojej recenzji powyższej 100% Domori - jej opis jest dokładnym przeciwieństwem dziś recenzowanej czekolady, co jest idealnym dowodem na to, jak bardzo mogą się od siebie różnić czekolady o 100% zawartości kakao.


Peru 100% była konszowana aż przez 34 godziny, tak jak jej koleżanka High-End. High-End stworzona została również z peruwiańskiego kakao, choć nie wyszczególniono z którego dokładnie. Można jednak przypuszczać na wstępie, że będą to tabliczki dość podobne do siebie - różniące się jedynie 4% masy kakaowej. Koniecznie przeczytajcie moją recenzję High-End nim wgłębicie się w dzisiejszy wpis. Swoją drogą, na styczniowej degustacji czekolad w poznańskiej Pintej Klepce miałam również okazję spróbować peruwiańskiej 100% od Morin - była ona podoba do High-End, a więc pełna popiołu i kwasu. Opisem jakich doznań uraczę Was dzisiaj?

Peruwiańska diablica od Zottera jest bardzo ciemna, lecz ma w sobie przebłyski wiśniowej barwy. Zapach nieco mnie zaskoczył - ma w sobie śmietankowe zacięcie. Kierując się wyłącznie zmysłem węchu nie dałabym tej czekoladzie aż takiej zawartości masy kakaowej, maksymalnie 80%. Naprawdę, aromat może nas zmylić - nie ma tu jakiejś narzucającej się suchości i szorstkości, nie jest to popiół. Ponadto, czekolada odrobinę rozpuszcza się pod palcami, z miękkością - sprawiając wrażenie delikatnej. Taka to przebiegła bestia, kusicielka!
 
Teraz przejdźmy do smaku... Przygotujcie się na długą i bezlitosną drogę po najmroczniejszych zakamarkach świata kakao. Osoby o słabych nerwach proszę o opuszczenie bloga ;). Jeśli czytaliście już niedawno opublikowaną recenzję Peru 100% made by Kimiko556, zwróćcie uwagę, że niektóre smaki autorka Chwil Zasłodzenia i ja wyczuwałyśmy w innych kolejnościach. Przypuszczam, że może to być przyczyna m.in. odmiennego sposobu konsumowania. Rozcieranie, gryzienie i rozpuszczanie w innych miejscach podniebienia i języka - już doprowadzi do nieco innego odczucia startu, rozwinięcia i finiszu. I jak tu nie być zafascynowanym odkrywaniem świata czekolady?


Pierwsze wrażenie smakowe od razu bije nas po głowie. To surowa kwaśność, ta z gatunku siarkowych i piekielnych. Przywoływała na myśl spopielone skorupy nadpsutych orzechów włoskich. Po inwazji kwasu intensywność doznań na chwilę spada, przez ułamek sekundy próbując się otrzeć o coś bardziej neutralnego. Zotter nie pozwala nam jednak na wytchnienie, i tym razem uderza goryczą! Przejmującą, bardzo mocną, chwilami aż wykręcającą twarz. Gorycz jest tak wybitna, że przez moment mamy wrażenie, że nie damy rady dalej! Pomimo to, nie pozostawia na koniec zbyt dużego uczucia ściągania. Być może kluczem do tego, że jednak chcemy przy niej zostać decydując się na kolejny kęs jest fakt, że pomimo tak ostrych smaków nie jest sucha w teksturze. Nie ma w sobie aż tyle popiołu, jest raczej smolista. Ocieramy się o ekstremum, czujemy niebezpieczeństwo, ale brniemy w to dalej...

Ta czekolada jest bardzo treściwa i intensywna. Aż tak, że szukałam czegoś do zneutralizowania i przełamania jej smaku. Nie to, że mi nie smakowała - po prostu masakrowała kubki smakowe i trzymała je non stop na najwyższych obrotach. Miałam ochotę iść po mleko do lodówki, ale koniec końców i tak wybierałam kolejny czysty kęs tego piekła.


Mój Ukochany nie wytrzymał i sięgnął po kostkę parę dni temu opisywanej La Speciale (dla kontrastu powyżej porównanie kolorystyczne obu czekolad ;)). Jak się okazało, to posunięcie jeszcze dodatkowo dolało oliwy do ognia. Przejście od tak mocnej kwaśności i goryczy do inwazji cukru było totalnym szokiem dla organizmu. Zmysły zgłupiały. Mój Luby musiał jednak przegryźć mleczną La Speciale kolejnym kęsem Peru 100%, co oznacza, że jednak naprawdę naszym przeznaczeniem jest piekło ;).

Kwaśno-gorzka smolistość tej czekolady kojarzy mi się z zawilgoconą i zapiaszczoną podłogą w opuszczonym budynku. Z zimnym kościołem o surowych ścianach, z wilgotnymi lochami. Tak, to właśnie ta smolistość próbowała przez chwilę nabrać nas na iluzję kremowości - ale to było zupełnie coś innego. Ta czekolada jest na tyle ekstremalna, że po jej zjedzeniu z naszych ust wydobywał się zapach przypominający woń jak po paleniu papierosów. Śluzówka jamy ustnej została nieźle przesuszona.

Jeśli mam pozostać w konwencji przyrównywania czekolad do kobiet - to to była prawdziwa diablica z krwi i kości. Przebiegła i bezwzględna. Kusząca swoimi walorami, koniec końców ciągnąca za sobą na samo dno. Bo ta czekolada miała w sobie coś hipnotyzującego - jedząc ją ocieramy się o ból, z każdym kęsem mówimy sobie, że to ostatni - ale jednak jemy dalej! Moim zdaniem, każdy fan czekolady powinien choć raz spróbować czegoś takiego - by przekonać się, jak nieziemską moc kryje w sobie kakao. U Domori 100% kakao to było 100% nieba, w rękach Zottera to 100% piekła: buchającego siarką, płomieniami, rozżarzonym popiołem i smołą. Piekła, w które wchodzi się jak w narkotycznym transie, bez zawahania...

Skład: miazga kakaowa.
Masa kakaowa 100%.
Masa netto: 65 g (2x 32,5 g).
Wartość energetyczna w 100 g: 636 kcal.
BTW: 16/59/9,6