piątek, 27 lutego 2015

Zotter Blueberry jagodowa


Zotter w swoim bogatym asortymencie posiada wyjątkową serię owocowych czekolad. Rzucając okiem na skład tabliczek z tej kolekcji wydaje się nam, że mamy przed sobą zwykłą białą czekoladę z dodatkiem owoców. Austriacki producent zastosował jednak pewien osobliwy trik. W recepturze białej czekolady, część mleka w proszku podmieniono na owocowy proszek. Dzięki temu, otrzymujemy jednolitą kolorową taflę o wyraźnie owocowym posmaku. Oprócz kolekcji Labooko Fruit, tego typu wynalazki znajdziemy często jako dysk w Mitzi Blue. Podczas zakupów internetowych w Galerii Słodyczy przygarnęłam do siebie kilka Mitzi Blue, ale wypróbować chciałam również choć jedną Labooko Fruit. Smak takiej czekolady był dla mnie wielką zagadką, więc chciałam zgłębić go w pełni. Wybór padł na wersję jagodową.



Dwie 35-gramowe tafle ukryte zostały w opakowaniu ozdobionym świetnym obrazem jagodowej pannicy ;). Okładka bardzo, ale to bardzo przypadła mi do gustu. Tabliczki mają barwę pudrowo-ciemnofioletową, nie do końca jednolitą - posiadają liczne ciemniejsze punkciki będące skupiskami jagodowego proszku. Powyższe zdjęcie niezbyt dobrze oddaje kolor wyrobu, lepiej odzwierciedla je fotografia poniżej.


Czekolada pachnie bardzo mlecznie. W aromacie jagody są na drugim planie, coś jak mleczny koktajl z niedużym dodatkiem tych owoców. Mimo tego, że woń tego produktu jest czysta, sprawa mi mały zawód. Spodziewałam się bardzo silnie odznaczających się jagód, czegoś w stylu aromatu nadzienia z Beerenemulsion in Weiss. Tymczasem, dostałam przede wszystkim mleko. Oprócz tego - nutka kwaskowatości (związana zapewne z dodatkiem proszku cytrynowego) i taki dziwny zapach, który pozwala mi przypuszczać, że czekolada będzie dość tłusta.

Po skosztowaniu pierwszego kęsa nie za bardzo wiem, co właściwie dzieje się w mojej buzi. To dziwne doznanie, które trudno mi opisać - i wcale nie jest to rozpływanie się w degustacyjnej rozkoszy. Na myśl przychodzą mi lody, ale absolutnie nie takie pospolite. Są to lody bardzo naturalne i delikatne, z niewielkim dodatkiem cukru - bazujące na śmietance i jagodach (przede wszystkim na śmietance). Wyrób jest jak na białą czekoladę bardzo mało słodki. Mój Ukochany dla kontrastu po zjedzeniu swojej tabliczki sięgnął po kostkę tej czekolady i różnica poziomu słodyczy była szokująca.

Zotter Blueberry jest dość szorstka, tłusta w sposób niemaślany, o niskim poziomie słodyczy. Mamy tu troszeczkę mydlaności. Generalnie czekolada jest dobra, niecodzienna, ale nasze oczekiwania były diametralnie inne. Jagody cały czas obecne są w tle, nie da się ich smaku pomylić z czymś innym - ale przez cały czas czekolada jest bardziej mleczna niż jagodowa. Próbując tej czekolady z zamkniętymi oczami nie domyśliłabym się, że jest fioletowa. Spodziewałam się, że ta biała czekolada będzie mieć w sobie więcej aksamitności, no i przede wszystkim - że będzie ekstremalnie jagodowa. Tymczasem, była bardzo łagodna, aż za bardzo.

Zotter Blueberry szybko się zaczyna i szybko się kończy - po ostatnich doświadczeniach z bogactwem ciemnych czekolad wydawała mi się płaska. Zapewne jeszcze nie raz sięgnę po Labooko Fruit, z czystej ciekawości - jednak nie będę się już tak ekscytować przed ich otwarciem. Może będą dla mnie większą niespodzianką niż ten egzemplarz - na to liczę.

 Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, suszone jagody 9%, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, proszek cytrynowy, wanilia, sól.
Masa netto: 70 g (2x 35 g).
Wartość energetyczna w 100 g: 576 kcal.
BTW: 2,4/40/51

wtorek, 24 lutego 2015

Morin Java 70% ciemna




"Czekolady z Jawy znane są ze swojej wędzoności, jednak to ziarno jest wyjątkowe w swoim rodzaju - nie znajdziemy w nim nut wędzonych, za to pojawiają się aromaty raczej w czekoladach niespotykane. Podwyższona kwaśność, zapach lasu, delikatna pleśń, mokre drewno kontrastuje lekka pieprzowość i aromat kandyzowanych owoców. Drugie skrzypce gra karmel i przyjemna, lekko proszkowa słodycz. W finiszu ściągająca kakaowa goryczka." Oto opis czekolady, którą chcę Wam dzisiaj przedstawić - sporządzony przez organizatorów styczniowej degustacji czekolad single-origin w poznańskiej Pintej Klepce. Na zakup tabliczki Java 70% z francuskiej czekoladziarni Morin zdecydowałam się z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że ciekawa historia kakao z Jawy jest po prostu dobrym materiałem na bloga ;). Po drugie - jej charakterystyczne nuty smakowe na tyle zapadły mi w pamięć, że chciałam się nimi z Wami w szczegółach podzielić. Po trzecie, i najważniejsze - chciałam to poczuć jeszcze raz ;).

Indonezja znajduje się w pierwszej trójce państw przodujących w produkcji kakao. Szczególną uwagę zwracają na siebie kakaowce uprawiane na drugiej co wielkości wyspie tego kraju - Jawie. Ich ziarna są białe - na degustacji wyróżniono ów fakt jako cechę charakterystyczną, wyjątkową i o nieznanej genezie. Próbowałam zweryfikować tą informację w sieci i natrafiałam na naprawdę różne źródła, nieco sprzeczne i w zasadzie niewiele wyjaśniające. Może kiedyś dłużej do tego przysiądę, ale chyba jeszcze jestem za wcześnie po ukończeniu studiów, żeby wgryzać się w anglojęzyczne naukowe publikacje (uraz, mam uraz :D). Czy jakiś spec od kakao mi pomoże odnaleźć prostą odpowiedź? :)

Duża produkcja kakao w Indonezji naturalnie wiąże się z tym, że większość tego surowca trafia do wielkich fabryk słodyczy. Buszując w sieci odnalazłam informacje, że kakao z Jawy cenione jest za swoją kremowość i miękkość, przez co wspaniale nadaje się do wyrobu mlecznych czekolad. Ja w swojej tabliczce od Morin wybitnej miękkości nie dostrzegałam, a wręcz przeciwnie ;)... Inna kwestia to wędzoność, która ma być również przypisywana ziarnom kakao z Jawy (cóż za skupisko kontrastów!). W sklepie Hotel Chocolate doszukałam się informacji, że owe wędzone nuty pojawiają się częstokroć w jawajskich czekoladach ze względu na sposób suszenia ziaren (swoją drogą, skosztowałabym tabliczek z powyższego linka...). Tyyyyle różności dowiedziałam się o kakao z Jawy przygotowując ten wpis, niezły mętlik... A jakim w rzeczywistości okazał się być MÓJ egzemplarz jawajskiej czekolady, stworzony w manufakturze Morin?




Czekolada jest odrobinę mniej twarda niż Perou Pablino, trochę łatwiej łamie się na kostki - z jakże rozkosznym dla uszu trzaskiem. Na swej powierzchni posiada muśnięcie białego nalotu, innego niż ten, który tworzy się po roztopieniu i ponownym skrzepnięciu czekolady. W sferze zapachu jest wyraźnie kwaskowata, ale nie jest to jakiś piekielny stężony kwas. Aromat tej czekolady budzi wyraźne skojarzenia z cytrusami: szczególnie z grejpfrutami i pomarańczami.

Wrażenie smakowe? Na pierwszym miejscu zdecydowanie jest kwaśność, dopiero potem gorycz, a na samym końcu słodycz. W zasadzie to goryczka i słodycz raz po raz przebijają się ciekawymi akcentami przez plejadę odsłon kwaśności. Myślę, że wielu z Was po spróbowaniu kostki tej czekolady w ciemno, doszukiwałoby się w niej dodatku jakiegoś olejku cytrusowego. Mamy tutaj czerwone i żółte grejpfruty do potęgi entej - wraz z ich charakterystyczną cierpkością. Poza tym, wyraźnie pojawiają się pomarańcze - przede wszystkim białe skórki otaczające cząstki tego owocu, gorzkawe i suche. Słodycz pomarańczowego miąższu odczuwamy tylko w przebłyskach. Kwaśność w tej czekoladzie jest cytrusowo rześka i naprawdę wyjątkowa. Autentycznie owocowa, z szorstkością pomarańczowej skórki.

Po cytrusach kolejnym intensywnym skojarzeniem był wytrawny orzechowy likier. Odrobina pieprzowości przypomina mi surowość alkoholu. Na bazie jakich orzechów byłby zrobiony ten "jawajski likier"? Huh, coś dziwnego. Mamy tutaj lekko stęchłe, podpleśniałe orzechy włoskie - wymieszane z takimi jeszcze niedojrzałymi, mocno uwodnionymi. Ponadto, rozpuszczająca się w ustach czekolada sprawia delikatne wrażenie gumowatości. 

Generalnie, ta czekolada jest mało... czekoladowa. Trudno odnaleźć w niej nuty kojarzone najczęściej z typową czekoladą, chociaż... Na finiszu odczuwałam coś bardzo intrygującego. Finisz niósł ze sobą skojarzenia z tanimi gorzkimi czekoladami no-name. Charakterystyczne kwaśno-proszkowe ściąganie z odrobiną pudrowej słodyczy. Paradoksalnie, bardzo mi to odpowiadało i wręcz upajałam się tym dziwacznym wrażeniem. Autentycznie, posmak barku dziadka Olgi ;).

Morin Java 70% niesie ze sobą bardzo wyraźne nuty smakowe, choć nie ma ich całego multum. W tej czekoladzie jest kilka wyraźnych, bardzo oryginalnych akordów, które czynią tą czekoladę wyjątkową i zapamiętywalną. Jeśli ktoś lubi cytrusy, powinna mu zasmakować - aczkolwiek niewiele jest w tej tabliczce słodyczy. Ta czekolada nie była wyjątkowo skomplikowana, ale to, co w niej odkryłam, było bardzo smaczne w swej dziwności - co skłaniało do długiego kontemplowania każdej kostki. Tak, Javę zapamiętam na dłuuugo :).

Poza tym, Franck Morin zaprosił mnie do znajomych na FB - czuję się z tego powodu bardzo czekoladowo ;).

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy.
Masa netto: 100 g.

sobota, 21 lutego 2015

Lindt Creation Coffee Dream ciemna nadziewana kremem migdałowym i kawowym


Nigdy nie próbowałam lava cake, które było inspiracją dla Lindt Chocolate Cake - tak samo brak mi doświadczeń w kwestii francuskiego deseru opera. Mimo, że nie jestem fanką tego typu kremowych ciast, połączenie czekolady, migdałów oraz kawy brzmi naprawdę obiecująco. Nazwa jednej z nowszych propozycji Lindt Creation na polskim rynku - Coffee Dream, była dla mnie - osoby, która nie wyobraża sobie dnia choćby bez filiżanki kawy - obietnicą raju. Kawowe marzenie od Lindta, którego przecież darzę tak wielką sympatią... Czy to mógł być niewypał? Nie chciałam w to wierzyć, ale niestety recenzje pozostałych blogerek nieubłaganie sugerowały porażkę... 

Coffee Dream kupiłam wraz z Chocolate Cake po promocyjnej cenie w Almie, więc w razie czego nie musiałam ubolewać nad niepotrzebną stratą kasy. Mimo wszystko, do degustacji dziś opisywanej czekolady podchodziłam nastawiona bardzo neutralnie, choć jedna rzecz nie dawała mi jednak spokoju po lekturze składu tego "kawowego" smakołyku... Tu NIE MA kawy! Haloooo?! Jak produkt o nazwie Coffee Dream może nie mieć kawy w składzie? I to na dodatek wyrób wywodzący się od Lindta? Naturalny aromat kawowy majaczący gdzieś na końcu listy składników to nie jest to, czego oczekiwałam... Pierwsza wtopa.

Drugą wtopą jest jedynie 47-procentowa zawartość masy kakaowej. Wiem, że większość tabliczek z serii Excellence cechuje się taką jej ilością, ale przecież tu mamy do czynienia z inną kolekcją i Lindt mógł się wyłamać, pokusić o kakaowego kopa. To by było na tyle jeśli chodzi o wtopy, które można wyczytać z opakowania jeszcze przed jego otwarciem. Całe szczęście, Lindt tym razem uniknął wpadki związanej z dodaniem tłuszczów roślinnych do nadzienia - a czasem taki paskudny manewr się mu zdarza. Ok, co czeka na nas w środku?


Produkt pachnie dobrą lindtowską deserową czekoladą i... tyle. Żadnej kawy, żadnych migdałów. Wgryzam się do środka. Czekolada zgodnie z moimi przypuszczeniami smakuje tak jak pachnie - dobrze. Przyjemnie tłusta deserówka, z wyważoną słodyczą. Przyjemnie się ją je, ale jest bardzo przewidywalna. Miła, poprawna i już. W połączeniu ze smacznym nadzieniem stałaby się jeszcze milsza, ale niestety... Nadzienie w Coffee Dream bardzo rozczarowuje...

Mam wrażenie, że nadzienie w Coffee Dream to trufla kakaowa żywcem wyjęta z Chocolate Cake, w której to rzeczona trufla została w pełni przysłonięta wspaniałym czekoladowym sosem. Taka tam czekoladowo-maślana masa, w której na próżno można szukać śladu migdałów oraz kawy. Na dłuższą metę jest monotonna, naprawdę nie ma czego wspominać i nad czym się rozpisywać. W nadzieniu znalazł się jednak pewien element, który zapamiętam na długo... Raz po raz można natrafić we wnętrzu tej czekolady na coś paskudnego...

Te paskudy to cieniutkie kawałki wafli. Rozpuszczając kęs w ustach, natrafiając na ten wafelek czujemy raczej, jakby w czekoladzie zatopione zostały jakieś śmieci. Kawałki bibuły lub waty, dosłownie takie wrażenie sprawiają. Ma się ochotę je wypluć, ale są na tyle drobne, że nie za bardzo się da. Fuj. Lindt mógł sobie je darować - i tak czekolada szału nie robiła, a ten dodatek jeszcze mocniej minusuje moją ocenę...

Na moim blogu czekolady Lindta występują w liczebnej przewadze. Na szczęście tylko na nieliczne z nich jestem zmuszona spuścić zasłonę milczenia, chcąc o nich jak najszybciej zapomnieć (jak było na przykład w przypadku serii Black&White). Nawet najlepszym zdarzają się porażki. A to mogła być tak smaczna czekolada, kawowe marzenie... :(

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, tłuszcz kakaowy, migdały 3%, cukier inwertowany, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, syrop glukozowy, sorbitol, orzechy laskowe, kruszone ziarno kakaowe, laktoza, wafel (mąki: ryżowa i pszenna, cukier, węglany sodu, sól, naturalny aromat waniliowy), lecytyna sojowa, odtłuszczone mleko w proszku, pełne mleko w proszku, naturalny aromat kawowy, wanilina, ekstrakt słodowy jęczmienny.
Masa kakaowa min. 47%.
Masa netto: 150 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 528 kcal.
BTW: 5,8/32/50

czwartek, 19 lutego 2015

Heidi Winter Delight Tiramisu mleczna z nadzieniem tiramisu i kawą


Jesteśmy w połowie wypróbowywania najnowszej limitowanej serii od Heidi - Winter Delight. Po bardzo smacznej Creme Brulee, pod lupę bierzemy wariację na temat popularnego włoskiego deseru tiramisu. Zerkając na skład czekolady stworzonej przez tego rumuńskiego producenta widzimy, że wiele mu brakuje do odzwierciedlenia oryginalnego tiramisu. Zamiast biszkoptów mamy herbatniki, brakuje tu także likieru amaretto (nie mówiąc już o serku mascarpone ;)). Nie bądźmy jednak aż tak wymagający - w końcu to tylko luźna interpretacja (ale na przykład Lindt Tiramisu Kuhl geniessen zawierało mascarpone! :D). Mało która czekolada o smaku tiramisu ma w sobie wszystko to, bez czego nie obędzie się autentyczny deser. Najważniejsze, że Heidi nie zapomniało dodać kawy ;). W końcu kawa stanowi tutaj słowo-klucz.

Po otwarciu klasycznego dla Heidi kartonika i rozdarciu tradycyjnego sreberka, rozpoczynamy zapoznawanie się z czekoladą od sfery zapachowej. Nie miałam wątpliwości, że mleczna czekolada od Heidi będzie zadowalająca - jej aromat jest wyraźnie i świeżo mleczny, z niedającą się ukryć nutą kakao - a jest to zawsze minimum, jakiego oczekujemy od wszelkich mlecznych czekolad. Spośród przyjemnej woni dobrej mlecznej czekolady wyłania się coś, co do czego od samego początku mam wątpliwości. Zmysł węchu identyfikuje tutaj rozwodnione kawowe lody. Niby dobrze - jest kawa, i to wyraźna. Jednakże w tym aromacie jest coś wadliwego, sprawiającego, że waham się przed sięgnięciem po pierwszą kostkę.

W kwestii smaku, w samej mlecznej czekolady nie mam się do czego przyczepić. Heidi w tej brązowej otoczce serwuje nam dużo słodyczy, ale również sporo przyjemności. Łatwa w obcowaniu, kakaowo-mleczna fuzja. Nadzienie jest już w wiele trudniejsze i hmm... zastanawiające.



Generalnie nadzienie jest podobne w konsystencji do tego, co odnaleźliśmy w Heidi Creme Brulee. Jest ono nieco zbyt słodkie, ale w gruncie rzeczy delikatne. Gładkie w konsystencji, lecz niemaziste - pozostawiało jednak nieco większe uczucie tłustości w ustach, niż karmelowa poprzedniczka. Zatopione w nim zostały małe kawałki mielonych ziaren kawy - delikatnie gorzkawe, niezbyt twarde, chrupiące. Skład mówi o obecności herbatników, jednak chyba zostały one jednolicie zmieszane z całą beżową masą - gdyby nie przestudiowanie opisu na opakowaniu, zupełnie bym o ich istnieniu nie wiedziała.

Co jeszcze jestem w stanie powiedzieć o nadzieniu w dziś opisywanej Heidi? Hmm... Najtrafniejszym określeniem będzie, że balansuje ono na granicy kiczu. Z każdym kęsem zastanawiałam się, czy to aby na pewno mi smakuje? Niewiele brakowało, aby szalka przechyliła się na niekorzyść Heidi i czekolada byłaby po prostu niesmaczna. Napotkane w sferze zapachu rozwodnione lody kawowe pojawiają się również w smaku. To nie one są jednak najgorsze. W mojej głowie pojawiły się także skojarzenia z napojem kawowym o smaku kakaowym, czyli popularne "cappuccino" z paczki. Wiecie - takie, w którym prym w składzie wiodą cukier i tłuszcz roślinny. Wątpliwa przyjemność. 

Mam naprawdę bardzo mieszane uczucia odnośnie tej czekolady. Nie było to niezjadliwe paskudztwo, ale podczas degustacji nieustannie coś mi w niej nie pasowało... Chyba był to ten "pierwiastek obrzydliwości", o którym czasem pisze Olga ;). Nie mogę Wam polecić tej Heidi z czystym sumieniem, za to na pewno bez strachu sięgajcie po wersję Creme Brulee. Ciekawa jestem, jak spisze się Walnut Brownie - i szczerze powiedziawszy, jest to najbardziej intrygująca mnie tabliczka z kolekcji Winter Delight.

Skład: cukier, nieutwardzony olej palmowy, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, herbatniki 1,5% (mąka, cukier, jaja, skrobia ziemniaczana, odtłuszczone mleko w proszku, mono i diglicerydy kwasów tłuszczowych, sorbitol, difosforan disodowy, wodorowęglan sodu, wanilina), lecytyna sojowa, kawa mielona 0,5%, naturalny ekstrakt z wanilii, aromat tiramisu. 
Masa kakaowa min. 30%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 551 kcal.
BTW: 6,83/32,04/57,81

wtorek, 17 lutego 2015

Zotter Hemp Plantation mleczna z nugatem konopnym i z nasionami konopi


Podczas moich pierwszych i dotychczas jedynych internetowych zakupów w Galerii Słodyczy, motywowanych chęcią posiadania Zotter Marrakesh, zakupiłam jeszcze kilka innych czekolad z zotterowskiej serii MitziBlue. Do mojej Magicznej Szuflady trafiły najbardziej zachęcające smaki z tej kolekcji, dostępne akurat w Galerii. Muszę jednak przyznać, że bodaj każda MitziBlue to prawdziwy oryginał. Te okrągłe czekolady z innowacyjnymi smakowo dyskami w środku, posypane różnorodnymi dodatkami - to idealny przykład na to, jak Zotter nieziemsko swobodnie potrafi bawić się czekoladą. W dziś opisywanym smakołyku swoboda kreowania sięgnęła kontrowersji. Przed Wami Hemp Plantation!

Hmm, kontrowersja to chyba jednak zbyt dużo powiedziane. Konopie, niegdyś kojarzone przede wszystkim z przemysłem włókniarskim, dziś jednoznacznie przywodzą na myśl marihuanę. Pomimo tego, że Zotter nie użył do wyprodukowania Hemp Plantation ani jednego żeńskiego kwiatostanu konopi (no chyba, że wymyślił tą czekoladę po paleniu... ale tego się raczej nie dowiemy ;)) - nazwę dla konopnej MitziBlue wybrał bardzo chwytliwą. Obrazek na opakowaniu zresztą bardzo spójnie zgrywa się z nazwą.

No dobrze, ale dlaczego kontrowersja to zbyt dużo powiedziane? Pomimo głębokiego przeświadczenia wielu ludzi że konopie = marihuana, ziarna konopi stają się coraz popularniejszym surowcem w kulinariach. Osoby interesujące się zdrowym odżywianiem wiedzą, że ziarna konopi są bogate w wysokowartościowe białko roślinne, NNKT, witaminy, minerały i błonnik. Nigdy dotąd nie próbowałam ziaren konopi, więc tym bardziej zainteresowała mnie czekolada z ich dodatkiem. Plus do tego prawdziwy konopny nugat! Ciekawość zżerała mnie przed otwarciem Hemp Plantation... Jak to będzie smakowało?


Hemp Plantation to mleczna czekolada o dość wysokiej, 44-procentowej zawartości kakao, posypana rozdrobnionymi ziarenkami konopi. Serce Hemp Plantation to dysk z nugatu konopnego i był to element, który najbardziej mnie intrygował. Po wyjęciu produktu z ochronnej folijki mamy okazję na zaciągnięcie się zapachem bardzo intensywnego kakao z drobną nutką mleczności, dopełnioną niecodziennym, orzechowym aromatem.

Wgryzienie się w samą czekoladę przyprawia nas o małą konsternację - czy to aby na pewno jest czekolada mleczna? Mój Ukochany był przeświadczony, że jest to czekolada deserowa. Wprawdzie jest tu tylko o 4% więcej masy kakaowej, niż z Marrakesh, ale poczyniło to naprawdę dużą różnicę dodając czekoladzie niebywałej wyrazistości i charakteru. Jest naprawdę przepyszna, konkretna i mocno wytrawna w charakterze. Sprawia wrażenie jakby aksamitny mleczny posmak nie pochodził od dodatku mleka, a płynął wprost z bogactwa kakao. Nie myślcie jednak, że ta czekolada ma w sobie kwaśne czy gorzkie nuty, o nie! Jest bardziej ziemista, trochę kawowa i orzechowa, mleczno-kremowa - wyraźnie deserowa, z wyważoną słodyczą cukru trzcinowego i wanilii. 

Posypka z grubo mielonych ziaren konopi nie była zbyt udanym rozwiązaniem. Kawałki ziaren są na tyle drobne i cieniutkie, że w zasadzie nie niosą ze sobą żadnych wrażeń smakowych poza lekkim uczuciem mączystości. Bardzo charakterna czekolada zupełnie przytłumia to, co ewentualnie mogłyby ze sobą wnieść. Zamieniłabym większość tych konopnych otrąb na całe ziarenka. Dopiero wtedy miałabym szansę na odkrycie ich prawdziwego smaku.

Jak natomiast wypadł tak interesujący mnie konopny nugat? Po pierwsze, wspaniale miękko rozpuszczał się w ustach, co już czyniło z jego konsumpcji wielką przyjemność. Jego smak był wyraźnie orzechowy, aczkolwiek trudno mi jest porównać specyfikę tego smaku do jakichkolwiek próbowanych wcześniej przeze mnie orzechów i nasion. Zaskakujące w tym nugacie było odczucie wyraźnej słoności, nieco przydymionej. To było coś nowego. Poza tym, nugat miał też w sobie ostrą nutkę, przywodzącą mi na myśl orzechową wódkę. Bardzo ciekawe, zupełnie nowe doświadczenie. Pyszne!

Trudno mi się zdecydować, czy bardziej smakowała mi sama czekolada czy nugat. Razem tworzyły rewelacyjny duet i nie pogniewałabym się, jakby produkt pół na pół składał się z tych dwóch cząstek. Fakt faktem, ale okrągły format MitziBlue nie za bardzo przypada mi do gustu. Ciężko się je dzieli na części, skupienie się na poszczególnych elementach jest utrudnione. Cóż, w najbliższym czasie będę na MitziBlue skazana ;). Mimo wszystko, wyroby Zottera są tak pyszne, że nie potrzeba tu udziwnień w kwestii kształtu.

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku 18%, ziarna konopi 6%, odtłuszczone mleko w proszku, sól, wanilia.
Masa kakaowa min. 44%.
Masa netto: 65 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 591 kcal.
BTW: 9,6/39/44

niedziela, 15 lutego 2015

Morin Perou Pablino 63% ciemna


24 stycznia w poznańskiej Pintej Klepce miała miejsce degustacja czekolad single-origin. Gdy tylko się o niej dowiedziałam, od razu zapisałam siebie oraz mojego Ukochanego. Musiałam wziąć udział w czekoladowym wydarzeniu w moim mieście, gdzie mogłabym podszkolić swoją wiedzę i... zmysły. Degustację przeprowadzał sensoryk piwny, który bardzo trafnie spostrzegł, że degustatorzy alkoholi wypracowali niezwykle bogaty język opisywania nut smakowych w trunkach - ocierając się w swym fachu niejednokrotnie o dziedziny naukowe. Z czekoladą jest już trudniej. Tu wszystko jest o wiele bardziej subiektywne, nienazwane, ulotne. Pozwala to jednak na prawdziwą zabawę smakiem, bez jakichkolwiek ram i granic - smak może przywoływać najróżniejsze skojarzenia, czasem absurdalne. Merytoryczne wprowadzenie na temat rynku i produkcji czekolady było ciekawe, ale najwięcej dała mi sama degustacja. Nie tylko pod kątem hedonistycznym ;).

Francuska czekoladziarnia A.Morin to rodzinna pasja od trzech pokoleń. Tabliczki sprowadzone wprost z tej manufaktury położonej pomiędzy plantacjami migdałowców, leszczyny i orzechów włoskich były przedmiotem naszej degustacji w Pintej Klepce. Czternaście różnych ciemnych czekolad bez dodatków - a  każda z nich to single-origin. Oznacza to, że do wyprodukowania danej czekolady użyto ziaren kakaowca pochodzących tylko z jednego kraju lub regionu. Lub jeszcze szczegółowiej - z jednej kooperatywy, plantacji, czasem od jednego rolnika... Kakaowce rosnące w warunkach charakterystycznych tylko dla danego rejonu, ziarna fermentujące i schnące w takim, a nie innym klimacie - wszystkie te czynniki składają się na oryginalny bukiet smakowy każdej tabliczki single-origin. 

  Podczas degustacji mogliśmy wypróbować dowolną ilość okruchów każdej z czekolad po kolei. Po każdej czekoladzie dzieliliśmy się na forum własnymi odczuciami, które notowaliśmy na przygotowanych formularzach. Były woda i maca do oczyszczania kubków smakowych. Po spotkaniu istniała możliwość nabycia w całości tabliczek, które degustowaliśmy. Wybranie kilku sztuk z kilkunastu prawdziwych oryginałów było nie lada wyzwaniem. W końcu zdecydowałam się na przygarnięcie do Magicznej Szuflady pięciu czekolad Morin. Dla ciekawskich - jedna 100-gramowa tabliczka kosztowała 19 zł. Moim zdaniem jest to adekwatna do jakości i gabarytu, zupełnie niewygórowana.
 
W Pintej Klepce mieliśmy okazję spróbować aż trzech peruwiańskich czekolad. Pierwsza  z nich (63% kakao), wyprodukowana została z kakao pochodzącego z prowincji Chanchamayo, druga (Puira 70%) ogólnie rzecz biorąc z północnych regionów Peru, a trzecia... Pablino stworzona została z kakao wyhodowanego na jednej plantacji (nazywającej się właśnie Pablino), będącej częścią kooperatywy Chanchamayo. To Pablino 63% zdecydowaliśmy się zabrać ze sobą do domu. Dlaczego? Wydała nam się najbogatsza spośród próbowanych peruwiańskich smakołyków. Podobna do Chanchamayo, a jednak bardziej zróżnicowana, głębsza. Peru Puira była od tych dwóch tabliczek zupełnie inna. Jaka? O tym wspomnę na końcu dzisiejszego wpisu.


Nasza dzisiejsza bohaterka została opisana przez organizatorów styczniowej degustacji w ten sposób: "Plantacja Pablino jest częścią kooperatywy Chanchamayo, jednak czekolady te zdecydowanie różnią się od siebie. Tu przez pierwszych parę sekund poczujemy delikatne, zielone cytrusy, które przechodzą w aromat dojrzałych, słodkich czereśni. W tle słodycz kontrastuje aromat zbutwiałego drewna i oleisty zapach czarnych oliwek. W finiszu ściągająca kakaowa goryczka przeplata się z aromatem suszonych wiśni i owoców dzikiej róży."

Peru Pablino 63% bardzo ciężko przełamuje się na kostki, jest naprawdę niezwykle twarda. Obawiałam się, jak poradzę sobie z jej konsumpcją będąc rekonwalescentką po zabiegu chirurgii stomatologicznej (szwy, opuchlizna, ból - ale smaki czułam normalnie, więc nie mogłam sobie odpuścić weekendowej degustacji z Ukochanym :P). Zapach już w Pintej Klepce jednoznacznie skojarzył mi się z malinami w cukrze pudrze, w domu to wrażenie pozostało niezmienne. Podobny aromat miała Chanchamayo, jednak w Pablino dochodzą do tego jeszcze kwaskowate nuty świeżo wyciskanego soku z cytryny.

Gdy pierwszy kawałek czekolady powoli rozpuszczał się w moich ustach, z każdą sekundą robiło mi się coraz przyjemniej. Błogo i rozkosznie. W Pablino wiele jest owocowych, słodkich nut - wspomniane maliny w cukrze pudrze, a także brzoskwinie w lekkim syropie. Jest tu również soczyste pomelo oraz dojrzały agrest. Po przegryzieniu uwalnia się lekka kawowa goryczka, z chwilowym wrażeniem mączystości. Pośrodku raz po raz pokazuje się nam kwaśność cytryn. Pomimo twardości przy przegryzaniu, czekolada w dość gładki sposób rozpościera się na podniebieniu. Chanchamayo była bardziej kremowa od Pablino - w Pablino czasami pojawia się lekka szorstkość, która ze względu na wyraźny malinowy posmak tej czekolady kojarzy mi się z teksturą włosków pokrywających owoc maliny.

Końcówka ma w sobie coś wytrawnego - na degustacji przyrównano to wrażenie do czarnych oliwek i uważam, że to stwierdzenie jest bardzo trafne. Finisz to również odrobina kawowej, lekko ściągającej paloności oraz ziemistości - i tak czy siak są one wytrwale łagodzone owocowym posmakiem. Można to ująć tak - od soczystych owoców na początku, przechodzimy do suszonych owoców na końcu. Nutki wytrawności, kwasku i goryczy pojawią się delikatnie raz po raz podczas degustacji, ale całość to przede wszystkim świeża słodycz owoców uderzająca z całą swoją mocą. Ta czekolada kojarzy mi się z beztroskim, czerwcowym porankiem pełnym radosnego słońca. Nie jest mocno sycąca czy zalepiająca - w końcu to tylko 63% kakao. Myślę, że posmakowałaby większości osób bojących się gorzkich czekolad - Pablino pozwala na swobodne bawienie się smakami, bez napotykania na drodze jakichś bardzo trudnych nut. Prawdziwa rozkosz.


BONUS. Na koniec parę obiecanych wcześniej zdań o czekoladzie Peru Puira 70%. Gdy patrzę na kartkę z notatkami z degustacji żałuję, że nie kupiłam jej by odświeżyć te dziwaczne nuty smakowe... No ale nie można mieć wszystkiego. W aromacie: kwasek z nutą amoniakalną. Na początek w smaku słodycz leśnych owoców. Rozwinięcie winne, cierpko-alkoholowe, lekko mydlane. Finisz: ciemne polskie winogrona, pokrzywa, czarna herbata. Organizatorzy degustacji opisali za to rzeczoną czekoladę tak: "W tej czekoladzie z północnego Peru dominuje aromat suszonych, czerwonych owoców. Pojawia się jarzębina, śliwka, borówka, jadalne kasztany skontrastowane z delikatnym aromatem pleśni. Wyjątkowo kremowa, intensywnie słodka i kwaśna jednocześnie, w finiszu delikatnie cierpka."

Próbowana jako pierwsza z peruwiańskich tabliczek Peru Chanchamayo 63% była bardzo przyjemnie kremowo słodka, z odrobiną pikanterii na finiszu. Budziła mocne skojarzenia z malinami w pudrze (wspólna wyraźna nuta dla Chanchamayo i Pablino), a także z parującą ziemią. Według organizatorów degustacji Chanchamayo: "Mimo podwyższonej kwaśności balans przesunięty w stronę kremowej słodyczy. Pojawia się karmel i woń babcinego, malinowego soku. Na końcu lekka goryczka podkreślona aromatem suszonej śliwki".

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna.
Masa netto: 100 g.

piątek, 13 lutego 2015

Fin Carre ciemna z imbirem


Promocja na czekolady Fin Carre była w Lidlu już daaawno temu (całkiem możliwe, że gdzieś po drodze pojawiła się ponownie - nie wiem, nie śledzę na bieżąco oferty Lidla). Odbyła się ona bodajże w październiku? Hmm, jeśli to październik, to nie jest tak źle. Mam kilka tabliczek, które w Magicznej Szufladzie czekają na swoją kolej jeszcze dłużej. Zakupione przeze mnie podczas powyższej promocji Fin Carre przygarnęłam do siebie ze specjalną dedykacją na czarne godziny w pracy. Tak jak recenzowana przedwczoraj Milka, tak i one miały być węglowodanowym kołem ratunkowym podczas przedłużającego się dnia w robocie. W ostatnim tygodniu stycznia widać intensywniej potrzebowałam energii w trasie, skoro dzień po dniu z czeluści Magicznej Szuflady zniknęły na zawsze rzeczona Milka oraz imbirowa Fin Carre. Dwie ostatnie Fin Carre nadal czekają na swoją kolej... ;)

To była moja pierwsza ciemna Fin Carre. 57-procentowa zawartość kakao szału nie robi, ale przecież lubię dobrze wykonane deserówki, więc dlaczego by nie dać Niemcom z firmy Solent szansy? Biała i mleczna czekolada wyszła im przecież całkiem nieźle.

Studiując etykietę opisywanego dziś produktu spodobał mi się skład wsadu imbirowego. Tak, zaakceptowałam go pomimo tego, że imbiru jest w nim tylko 51%. Hmm, tylko czy aż? Mogę wymienić całą listę czekolad, gdzie główny dodatek stanowił o wieeeeele mniejszy procent (ba, ułamek procenta!) we wsadzie, cząstkach itp. 51% imbiru to całkiem sporo, biorąc pod uwagę fakt, że za nim w składzie jest tylko cukier trzcinowy (który też zadziałał na mnie pozytywnie, bo lubię jego posmak). No dobra, jest jeszcze dwutlenek siarki, który jest ZŁEM i trzeba się go wystrzegać w suszonych owocach. Potrafię go jednak wybaczyć.

Generalnie skład tabliczki jest dość prosty, imbir bardzo lubię, kakao powinno dać choć maleńkiego kopa, dotychczas próbowane czekolady Fin Carre dawały radę - wszystko to nastawiało mnie wobec delikwentki całkiem entuzjastycznie. Gdy pewnego styczniowego wieczoru przystanęłam na stacji benzynowej celem zatankowania mojego rączego Kucyka, postanowiłam doładować również siebie. I ogrzać, bo przecież taką funkcję powinien pełnić imbir. Rozerwałam plastikowe opakowanie i...



...od pierwszej sekundy uderzyła mnie przeraźliwie intensywna imbirowa woń, która niestety nie była wielce przyjemna. Solent poszedł po bandzie faszerując tabliczkę ogromną ilością aromatu imbirowego. Jest on wprawdzie naturalny (tak stoi w składzie na opakowaniu), ale czekoladę obdarowano nim zbyt hojnie. Myślę, że najtrafniej ujął to mój Mężczyzna, któremu przekazałam należną mu połówkę tej czekolady - jej zapach jednoznacznie kojarzył mu się z kostką zapachową. Z żelem pod prysznic. Z płynem do naczyń. To nie jest rozgrzewająca herbatka imbirowa, to nie są apetyczne ciastka korzenne.

Tabliczka była dość twarda i opornie dzieliła się na kostki. Nie była to jednak twardość rodem ze szlachetnych ciemnych czekolad. Była to twardość-gumowatość i takie też wrażenie produkt zostawiał po sobie w ustach. Kostka pozostawiona na języku rozpuszczała się topornie. Kakao? Może i tak, ale jakieś takie plastikowe. Wszystko, co mogło być dobre w tej czekoladzie zostało całkowicie przyćmione przedawkowanym aromatem. Tak, zapach zupełnie przytłumił zmysł smaku.

Kostki wsadu imbirowego nie mają jakiejś denerwującej konsystencji, co nie zmienia faktu, że i tak niewiele wnoszą do całości. Niewiele, bo również zginęły w całkowitym przesiąknięciu przesadą. Raz, że nie czujemy czekolady, to nawet samego oryginalnego imbiru też nie za bardzo doznajemy - ogarniający wszystko aromat imbirowy jest mdły i trochę mydlany. Słowem, uwypuklone zostały najgorsze nuty, jakie możemy spotkać w imbirze. Cytrynowość i pikantność zeszły na daleki plan.

Na koniec przywołam kolejną surową ocenę od mojego Mężczyzny - jedzenie tej czekolady było jak żucie kostki zapachowej. Nie robi różnicy, czy jest to czekolada ciemna, mleczna, czy wyrób czekoladopodobny - produkt został po prostu w brzydki sposób przesadzony. A przecież tak lubię imbir!!! Pierwszy raz zawiodłam się na Fin Carre... Czy niemiecki Solent produkujący te czekolady dla Lidla zrewanżuje się podczas kolejnych prób?

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, wsad imbirowy 17% (imbir 51%, cukier trzcinowy, dwutlenek siarki), lecytyna słonecznikowa, naturalny aromat imbirowy.
Masa kakaowa min. 57%.
Masa netto: 100 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 535 g.
BTW: 4,4/31,2/54,6

środa, 11 lutego 2015

Milka Choco Jelly mleczna z gumowymi żelkami, drażami kakaowymi i strzelającymi cukierkami

Źródło: http://style.iprima.cz/styl/labyrint-hravych-chuti-s-novou-milkou-choco-jelly

Milka Choco Jelly to jedna z tych czekolad, których zakupu dokonałam w konspiracji przed moim Ukochanym. Tak moi drodzy, po prostu było mi wstyd, że skusiłam się na to tałatajstwo. W końcu polskie Milki to dla mnie totalne niewypały, w większości niezjadliwe, przyprawiające o mdłości. Mimo to niezmiernie ciekawiło mnie, jak przedstawiać się będą liczne, oryginalne dodatki zawarte w tej tabliczce. Już nawet nie pamiętam w którym markecie szybko capnęłam ją do koszyka w bardzo promocyjnej cenie, chyba był to Carrefour. Czekolada oczywiście jeszcze podczas transportu złamała się (jak to z dużymi Milkami bywa), przez co bezsensowne stało się własnoręczne wykonywanie zdjęcia produktu.

Co z tego, że miałam Choco Jelly, skoro za żadne skarby nie mogłam zdecydować się na jej spróbowanie? Na mojej liście czekolad Milka została umieszczona w kategorii "niedegustacyjnych", czyli takich nieprzeznaczonych do weekendowego rozkoszowania się z Lubym przy kawie. Przeznaczeniem Milki miało być stopniowe rozpracowywanie jej w pracy, kiedy długo będę w trasie i skończy mi się zabrane ze sobą "normalne jedzenie". Nie mogę dopuszczać do spadku poziomu cukru za kierownicą, o nie! ;) Pomimo tego, wolałam w chwilach słabości zjadać wszystko, tylko nie zabierać ze sobą Milki do służbowego auta. Tym sposobem Choco Jelly przeleżała zapomniana gdzieś na dnie Magicznej Szuflady. O, przepraszam, nie była zapomniana. Była jak zły omen, który powraca co jakiś czas i daje znać o swoim istnieniu.

Nadszedł ten dzień, podjęłam odważny krok - zabrałam Milkę do służbowego auta. Naprawdę, chciałam już ją otworzyć i skosztować chociaż jedną nieregularną kostkę tego wynalazku. Pech chciał, że moje auto musiałam zostawić w serwisie i przesiąść się do innego. Milki ze schowka nie przepakowałam. Ona chyba rzeczywiście nie była mi przeznaczona :D.

Swoje auto odbierałam popołudniem dnia następnego. W brzuchu już mi burczało, a parę spraw miałam jeszcze do załatwienia aż do wieczora. Przyszła kryska na Matyska - opakowanie Choco Jelly zostało rozerwane. Naprawdę obawiałam się pierwszych wrażeń zapachowych, zawilgoconej cukierniczki i stęchłego mleka. Tymczasem było nie najgorzej! Owszem, czułam, że przede mną znajduje się ogrom słodyczy (aż 63 g <sic!> węglowodanów w składzie zobowiązują), ale nie był on na tyle chamski jak zazwyczaj. Taki mocno mleczny karmel. Nęcił zapach lubianych drażetek czekoladowych (zawsze będę darzyć sympatią Lentilki od Oriona), a mleko nie było skisłe. Po pierwszą pseudokostkę wyrwaną z tej dzikiej tabliczki sięgnęłam już pewniejszym ruchem.


Chyba to ta pierwsza kostka była najprzyjemniejsza. Samą czekoladę oceniam na trochę smaczniejszą niż tą w wersji z preclami, nieco bliżej jej było do tej z niemieckich Tuc i Lu. Słowem - była dla mnie zjadliwa i nie miałam ochoty jej wypluć w pierwszym odruchu. Gdy za drugim gryzem natrafiłam na kakaową drażetkę - zrobiło się nawet nieco miło. Wspomnienie dzieciństwa i niezapomnianych Lentilków. Moim zdaniem, tego elementu mogło być w Choco Jelly zdecydowanie więcej. To autentycznie smaczne drażetki, proste w smaku jak drut.

Chwila na rozpuszczenie kawałka wyrobu na języku i... uderza nas bombardowanie fajerwerków. Popping candies widoczne na powierzchni tabliczki jako jasne drobinki mają naprawdę sporą moc. Jadłam już kiedyś Milkę z takim dodatkiem i to było podobne wrażenie. Efekt strzelania w Lindt Pink Explosion był kilka razy słabszy niż tu. To zabawne doznanie.

Bezapelacyjnie, najgorszym elementem czekolady są gumowe żelki. GUMOWE to trafne określenie... W weekend przekazałam resztę tabliczki w ręce mojego Ukochanego i od razu postanowił spróbować pasek. Żelki irytowały go tak mocno, że postanowił je wypluwać. To gumiaki z lekkim cytrynowym posmakiem, niespodziewanie wchodzące w zęby i niezbyt pasujące do całości. Zły, zły pomysł! To tak, jakby mieć w buzi przeżutą gumę do żucia i wpakować sobie jeszcze kostkę Milki. Bleh! Galaretki ze Studentskich to milion razy bardziej udana koncepcja. One na pewno dobrze odnalazłyby się w Choco Jelly.

Podsumowując - nie było tak źle, jak się spodziewałam. Choco Jelly nie jest absolutnie szczytem moich czekoladowych marzeń (te czasy już dawno się skończyły i mimo wszystko jestem dużą dziewczynką). Jednak muszę się przyznać bez bicia, że podczas tamtej popołudniowej jazdy samochodem nie poprzestałam na jednym nieregularnym pasku tej czekolady. Naprawdę, wolałabym dostać kilka Choco Jelly niż choćby jedną nadziewaną Milkę. Jest to produkt beztroski, idealny dla dzieciaków - ale żelki bym wywaliła. Wydaje mi się, że i tak czy siak wypróbowanie tej czekolady jest moim kolejnym pożegnaniem z Milką na baaardzo długo, o ile nie na zawsze. Życie jest zbyt krótkie, żeby jeść aż tak przyziemne czekolady :>.
 
Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, syrop glukozowy, syrop cukru inwertowanego, laktoza, skrobia pszenna modyfikowana, pasta z orzechów laskowych, lecytyna sojowa, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 0,3%, glukoza, pełne mleko w proszku, substancje glazurujące (guma arabska, wosk pszczeli, szelak, wosk karnauba), barwniki (antocyjany, karoteny, dwutlenek tytanu, czerwień buraczana, ryboflawiny, tlenki i wodorotlenki żelaza), aromaty, kwas cytrynowy, dwutlenek węgla.
Masa kakaowa min. 30%.
Masa netto: 250 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 510 kcal.
BTW: 5,6/25,5/63 

poniedziałek, 9 lutego 2015

Zotter Papua New Guinea 75% ciemna

Źródło: onegoldenticket.blogspot.com

Odległa Papua Nowa Gwinea znajduje się w drugiej dziesiątce w rankingu światowych producentów kakao. Dzisiaj mam dla Was recenzję czekolady o 75-procentowej zawartości kakao rodem właśnie z tego państwa. Zakupiłam ją w duecie z Ghaną, o której możecie poczytać w poprzednim wpisie. Papua już od pierwszego kontaktu wydaje się czekoladą trudniejszą niż poprzedniczka pochodząca z czarnego lądu. Dlaczego? Zotter długo czekał na to, aby móc uzyskać stamtąd ziarna wyhodowane według tak istotnych dla niego zasad sprawiedliwego handlu i ekologii. Rozpoczęta w 2001 roku kooperatywa Huiwani to ponoć pierwsze takie zjawisko w Papui. Liczy sobie jedynie 300 członków. Kakao z którego wykonana została nasza czekolada to mieszanka odmian Amazonia, Forastero i Criollo. Ziarna były fermentowane przez pięć dni, a następnie suszone na słońcu. Przed przyjazdem do Austrii przeszły restrykcyjną selekcję. W efekcie dostajemy do rąk czystą esencję Papui Nowej Gwinei.


Poniżej zobaczyć możecie fotografię tabliczek Ghana i Papua położonych obok siebie. Dostrzec na niej można, że skarb Papuasów jest odrobinę jaśniejszy od afrykańskiej koleżanki. Poznając charakter czekolady z Papui nie powiedziałabym, że jest on jaśniejszy i łagodniejszy... Sam zapach wydawał się być bardziej niepokojący, bogatszy, z wyraźnymi orzechowo-ziemistymi nutami. Budził skojarzenia z lasem po deszczu, a także z wilgotnym czekoladowym ciastem z wiśniami. Taka mnogość aromatów prowadziła wręcz do skojarzenia, że wewnątrz znajduje się jakieś zakręcone nadzienie - choć przecież mamy do czynienia z pełną, jednorodną czekoladą. Zapach zrobił na mnie większe wrażenie niż w przypadku Ghany, co wcale nie ujmuje uroku tamtej smacznej czekoladzie.


O ile Ghana była marmurem, o tyle Papua jest... wiórową płytą. Wiem, że to brzmi strasznie - na szczęście straszne nie jest, a wręcz przeciwnie! Czekolada rozpościera w ustach suchą szorstkość, mieszankę goryczy i kwasu - dokładnie jak taniny w wytrawnym winie. Suchość ta jest dziwna ze względu na fakt, że sprawia wrażenie lepkiej, kleistej. Jak wysuszona żywica na korze starego drzewa. Uczucie kleistości odznacza się szczególnie wyraźnie na finiszu. To specyficzna ziemistość, trochę jak przy zaciągnięciu się fusami z mocnej parzonej kawy.

Nie bójcie się. Po środku znajduje się też wiele łagodniejszych, bardziej przyjaznych nut - dopełniających bogactwa tej czekolady. Spod wiórów i ziemi przebija się bowiem wyraźny akcent orzechów laskowych. Ma w sobie sporo kwaskowatości (szczególnie przy ssaniu), charakterystycznej dla robusty, kojarzącej się z przesuszonymi wiśniami wymieszanymi ze skórką cytrynową. Przy przegryzaniu, bardziej od czystej kwaskowatości ujawnia się goryczkowa paloność kawy. 

Tabliczka ta była zdecydowanie mniej twarda w strukturze niż Ghana, aczkolwiek jej charakter był mocniejszy. Właśnie przez to mój Mężczyzna uznał, że Papua bardziej mu smakowała - w tej czekoladzie o wiele więcej się działo. Co rusz odkrywaliśmy w niej coś nowego - czasem sprzecznego z tym, co czuliśmy chwilę przedtem. Na pewno ta czekolada jest trudniejsza i wymaga wiele skupienia i przemyśleń. Tak przyjemne refleksje mogłabym jednak snuć w nieskończoność... W zapachu kusząca leśna wilgość, a w smaku jednak szokująca suchość - która nie jest niczym popiół, a bardziej jak szorstka kora spróchniałego drzewa. Obok niego rosną wiśnie i leszczyny. Wiem, że takich krajobrazów nie odnajdę w Papui Nowej Gwinei, ale ta czekolada wyprodukowana w Austrii, a zjedzona w Polsce - przenosi mnie właśnie w taki tajemniczy, ciemny las - który pragnie deszczu, choć nienawidzi go zarazem.

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sól.
Masa kakaowa min. 75%.
Czas konszowania: 20 godzin.
Masa netto: 35 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 610 kcal.
BTW: 11/48/32

sobota, 7 lutego 2015

Zotter Ghana 75% ciemna

Źródło: www.chocolatiers.co.uk

Dziś opisywanej tabliczki nie zakupiłam solo, stąd też jej indywidualne zdjęcie zapożyczyłam z sieci. Zotter Labooko Ghana 75% znalazła się w jednym opakowaniu z towarzyszką o takiej samej zawartości masy kakaowej, lecz wykonanej z ziaren pochodzących z Papui Nowej Gwinei. Taki zestawik, którego opakowanie możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej, odnalazłam w sklepie R.Rajsigl w Innsbrucku, pośród wielu innych tabliczek Zottera. Zachęciła mnie możliwość wypróbowania dwóch różnych czekolad za cenę jednej. W końcu wszystkie Labooko składają się z duetu małych tabliczek, zazwyczaj w tożsamych smakach. 
 

Tu jednak mamy do czynienia z serią Labooko Contest, czyli dwa w jednym. Długo zastanawiałam się, czy Ghanę i Papuę opisać w jednej notce, czy też każdej z nich poświęcić osobną. W końcu zdecydowałam się na drugą opcję. Wprawdzie Ghana i Papua były jedzone jedna po drugiej, przez co łatwo można by było skonstruować ich charakterystykę porównawczą - ale o obu smakołykach jestem w stanie napisać wiele, przez co notka rozrosłaby się do zbyt dużych rozmiarów. Obie panny zasługują na specjalny wpis, tylko o sobie.

Ten duet miał być skonsumowany już jakiś czas temu - dowiadując się jednak o degustacji czekolad single-origin organizowanej w poznańskiej Pintej Klepce odłożyłam wypróbowanie Ghany i Papui na później. Sięgnęliśmy po nie dzień po powyższej degustacji. Nasze głowy pełne były nowych doświadczeń, otwarte na próby zidentyfikowania i nazwania kolejnych smaków. Degustacja w Pintej Klepce nie obejmowała czekolad z Ghany i Papui, toteż nie mieliśmy w tym względzie porównania. Wszelkie dostępne w internecie recenzje tych tabliczek Zottera postanowiłam przeczytać dopiero po naszej degustacji. Nie chciałam się niczym sugerować, pragnęłam chłonąć czekolady na świeżo.

Ghana to państwo będące w ścisłej czołówce światowych producentów kakao. Jak łatwo można z tego faktu wywnioskować, większość ziaren tam wyhodowanych, trafia do masowych producentów. Całkiem podobnie, jak w kakaowej potędze, czyli Wybrzeżu Kości Słoniowej. Niezliczone tony miksu niezbyt szlachetnych odmian trafiają do wielkich fabryk słodyczy na całej kuli ziemskiej. Tabliczka Zottera kryje jednak w sobie to, co w kakao z Ghany najlepsze. 

Kooperatywa ABOCFA zrzesza na terytorium Ghany czterystu rolników, którzy na swych niewielkich plantacjach uprawiają najaromatyczniejsze odmiany tutejszego Forastero. To właśnie dzięki pracy tej grupy ludzi powstała zotterowska tabliczka. Bio i Fairtrade, czyli zgodnie z zasadami tego austriackiego producenta.

Porównując zapachy Ghany i Papui, ten pierwszy wydaje się o wiele spokojniejszy, bardziej owocowy, odrobinę kwaskowaty. Ghana pierwsza trafia do naszych ust. Twardą tabliczkę przegryza się z chrupiącym chrzęstem. Początek jest spokojny. Konsystencja jest zbita, lecz sprawiająca kremowe wrażenie przy rozpuszczaniu w ustach. Rozpościera w nich od samego początku soczystą słodycz. Koniec to odrobina ściągania, suchości, cierpkości i szorstkości, ale główne wrażenie podczas spożywania to przyjemna słodycz i delikatność karmelu. Gdy czekolada w pełni rozwija swoje walory, spośród miłej słodyczy amerykańskich borówek zaczyna wyłaniać się paloność drewna i przydymionych skorup orzechów. Całość sprawia wrażenie smukłości. Palona twardość połączona z ową jagodowo-kremową smukłością przywodzi na myśl monumentalność marmuru. Mleczna gładkość i nieznosząca oporu stateczność łączą się w marmurowej skale. Obecna w aromacie kwaskowatość zupełnie traci na znaczeniu w smaku. 

Ghana nie pozostawia w buzi masakrującej feerii ostrych smaków. Jest stateczna i gładka, właśnie jak ten marmur. Sprawia trochę takie wrażenie, jakby poleżała parę godzin w lodówce - mimo, że przecież jej miejsce od paru miesięcy znajdowało się w przytulnej Magicznej Szufladzie. Z zewnątrz twarda skorupa, w środku miękkie serce - w gruncie rzeczy tworzą bardzo przystępną czekoladę, pomimo aż 75-procentowej zawartości kakao. Jest bardzo zrównoważona i naprawdę delikatna jak na tak ciemną czekoladę. Ghana od Zottera to świetna tabliczka na początek przygody z single-origin - a my właśnie na takim etapie jesteśmy :).

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sól.
Masa kakaowa min. 75%.
Czas konszowania: 20 godzin.
Masa netto: 35 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 610 kcal.
BTW: 11/48/32

czwartek, 5 lutego 2015

Heidi Winter Delight Creme Brulee mleczna z nadzieniem creme brulee i migdałami w karmelu


Rumuńską markę Heidi lubię przede wszystkim ze względu na bardzo udane kolekcje SummerVenture. Od trzech lat w wakacyjny czas raczy nas bardzo ciekawymi połączeniami smakowymi ukrytymi w smacznych czekoladach. Zgrabne zestawienie produktów z tej serii uwiecznił na swym blogu Mateusz Wesołowski. Opisy wszystkich czekolad z powyższej kolekcji znajdziecie na moim blogu. 

Dwa lata wstecz Heidi postanowiła obdarzyć nas czymś smakowitym także zimą. Wtedy to pierwszy raz na sklepowych półkach ujrzałam dwie propozycje z serii WinterVenture: jabłkową i pomarańczową. Te czekolady, w niezmienionej formule, pojawiły się w polskich sklepach również tej zimy. Heidi jednak na tym nie poprzestała w sezonie 2014/2015, wypuszczając edycję Winter Delight, będącą wariacją na temat popularnych deserów. Tabliczki te ciekawiły mnie przede wszystkim z tego powodu, iż nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z nadziewanymi Heidi. Przy pierwszej wizycie w Almie, podczas której dostrzegłam trio Winter Delight, od razu je nabyłam. Spoglądając na skład wyrobów, mój zapał do spróbowania nadziewanych Heidi nieco zmalał. Tłuszcz roślinny na drugim miejscu w składzie nie jest tym, czego oczekiwałam.

Zakupione przeze mnie Heidi miały na tyle długi termin ważności, że postanowiłam nie kierować się nim przy wyborze tych tabliczek do degustacji. Nie chciałam, aby pojawiły się na blogu w momencie, gdy nie będą już dostępne na sklepowych półkach. Wybór pierwszej do wypróbowania Winter Delight był prosty - Czoko najbardziej interesowało Creme Brulee. W takim razie, na pierwszy rzut poszedł właśnie Creme Brulee :).



Na początek opisu dedykacja - zdjęcie z sekcji czekolady specjalnie dla Olgi ;) (to nie Zotter Hand Scooped, a i tak musiałam zmasakrować choć jedną kostkę nożem). Oj, muszę przyznać, że bardzo sceptycznie podchodziłam do tej tabliczki. Wspomnienie o paskudnym wedlowskim Creme Brulee cały czas rozbrzmiewało w mojej głowie, a wiedza o tym, że tłuszczu palmowego w Heidi też nie brakuje wcale nie poprawiała sytuacji. Ah, lubię to uczucie, gdy rozerwanie sreberka i zaciągnięcie się zapachem rozwiewa wszelkie obawy...

Aromat czekolady przywołuje wspomnienie o pysznej Lindt Excellence Caramel With A Touch Of Sea Salt. Myślę, że już ta wypowiedź będzie dla wielu najlepszą rekomendacją nowej Heidi. Wprawdzie Heidi nie serwuje nam deserowej czekolady, lecz przez przyjemną mleczność również wyraźnie przebija się kakao. Kakao, które jest wręcz uwydatnione ze względu na bardzo wyrazisty aromat mocno palonego cukru. To zapowiedź takiego karmelu, jaki lubię - bezpretensjonalnego, niemazistego. Dodajmy do tego nuty migdałowe, waniliowe i miodowe - ręce aż same rwą się po pierwszą kostkę. W zapachu nie czujemy ani krzty margaryny.

Nadzienie niełatwo oddziela się od czekolady, ponieważ cała tabliczka jest bardzo cienka - jak na Heidi przystało. Parę akrobacji nożem i staje się to możliwe, aczkolwiek produkt najlepszy jest do degustowania w całości. Heidi Creme Brulee jest słodka, ale nie jest to słodycz bezpłciowa. Wydaje mi się, że skrywa ona w sobie istotę tego francuskiego deseru. Palony cukier potrafi wszak dać takie efekty smakowe, o których zupełnie nie posądzalibyśmy zwykłego cukru. Mocnym, zdecydowanym chwytem zespaja się ze śmietanką i wanilią.

W tej czekoladzie, w gładko-mlecznym nadzieniu (również w kwestii smaku wysoka zawartość oleju palmowego na szczęście gdzieś przepada) kryje się sporo złocistych drobinek. Zostały one w składzie nazwane migdałami w karmelu. Normalnie przyczepiłabym się do faktu, iż w tych drobinkach płatków migdałowych mamy zaledwie 27% - ale przecież temu wyrobowi nadano nazwę Creme Brulee! To palony cukier ma tu grać pierwsze skrzypce, a nie migdały. Scukrzone drobinki migdałów oprócz walorów smakowych jakie niosą same w sobie, ofiarują nam także wyraziście resztę przyjemności, które kryją się w ich składzie: śmietankę, masełko, miód. Drobinki przyjemnie chrzęszczą między zębami, niczym małe, zwinne iskierki. 

Dodajmy do tego wszystkiego fakt, że to smaczne nadzienie otoczone jest dobrą mleczną czekoladą od Heidi, mocno przesączoną aromatem karmelowym - a stajemy przed produktem będącym rajem dla wielbicieli karmelu. Niech wystrzegają się go jednak ci, którzy preferują karmel dziecięco lepki i tłusty. Heidi Creme Brulee to karmel skwierczący z gorąca, idealny na rozgrzanie w zimowy wieczór. Lubię takie zaskoczenia, naprawdę to lubię. Ciekawe, czy kolejne Winter Delight będą równie przyjemne w obcowaniu.

Skład: cukier, nieutwardzony olej palmowy, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, migdały w karmelu 4,5% (cukier, płatki migdałowe 27%, syrop glukozowy, śmietana, tłuszcz mleczny, miód), lecytyna sojowa, naturalny ekstrakt z wanilii, aromat karmelowy.
Masa kakaowa min. 30%.
Masa netto: 110 g.
Wartość energetyczna w 100 g: 556 kcal.
BTW: 6,71/33,01/57,05